Dyskusja o feminatywach w szkolnictwie wyższym przykrywa realne problemy polskiej nauki. Zamiast skutecznie reagować na mobbing i nadużycia władzy na uczelniach, resort skupia się na języku, który budzi więcej sporów niż przynosi rozwiązań.
Zastanawiam się, ile osób połamie sobie język na feminatywach wprowadzanych do szkolnictwa wyższego przez wiceministerkę Zioło-Pużuk. Z „docentką” pewnie jakoś sobie poradzimy, tym bardziej że docentury na uczelniach już nie ma. Ale spróbujcie wymówić jednym tchem „adiunktkę”. Nawet Facebook próbuje mi to poprawiać.
Zioło-Pużuk jawi się jako jedno z większych nieszczęść ministerstwa kierowanego przez Kulaska. Tyle było mówienia o mobbingu na uczelniach. Powstają zapowiedzi ustaw czy rozporządzeń w tej sprawie, choć przecież wystarczyłoby konsekwentnie stosować obowiązujące prawo i realnie stać na jego straży.
Tymczasem informacje kierowane do wiceministerki i do Kulaska na temat mobbingu czy samowoli rektorów — na przykład wydawania publicznych pieniędzy na prywatnych adwokatów — kończą się lakonicznym stwierdzeniem: autonomia uczelni.
I cóż więc pozostaje, pożal się Boże, wiceministerce?
Zajmowanie się sprawami, które polskiej nauki nie rozpędzą — czyli słowotwórstwem feminatywistycznym.
Zostaw komentarz