Wystarczy spojrzeć na jego gorejące oczy, na to przenikliwe spojrzenie przeszywające rozmówców jak miecz by zrozumieć, że za twarzą Antoniego Macierewicza skrywa się fanatyk, wieczny poszukiwacz spisków, młot na liberałów i wszystkich co na lewo od niego.

A kiedyś go nawet lubiłem.

W czasach mojej pracy dziennikarskiej dla sekcji polskiej Radia Wolna Europa, w latach 90.
Zawsze coś miał do powiedzenia.
Nie umykał na widok dziennikarzy, jak inni posłowie, ale czujnie stawał na trasie ich drogi do „wodopoju” czyli restauracji sejmowej bo a nuż jakiś pismak będzie coś od niego chciał.
Ba, raz dałem mu na imieniny butelkę wina, którą schował za pazuchę.

Potem, gdy już był w Pisowym rządzie, a zwłaszcza kiedy namaścił go Kaczor na szefa Podkomisji Smoleńskiej, zmieniłem zdanie bo przepoczwarzył się w Wielkiego Inkwizytora, który każdego heretyka najchętniej by usmażył na stosie.

Patrzyłem na jego zadowoloną minę gdy grzmiał, że to Putin dokonał zamachu na samolot z polską delegacją lecącą do Smoleńska, a pomagał mu Tusk .

Wbrew dowodom, ekspertyzom, wiedzy naukowej udowadniał swoją tezę za pomocą parówek i puszek po piwie.
Był w swoim żywiole piętnując wszelkie lewactwo i wraży liberalizm obecnego obozu władzy.

Wszędzie doszukiwał się i doszukuje do dziś niemieckich powiązań Tuska.

Węszy spisek Niemców w każdym przejawie życia politycznego i przestrzega, że wkrótce staniemy się ich kolejnym landem.
Utracimy na ich rzecz suwerenność i będziemy szwargotać po niemiecku.

Niemiecką fobię uczynił wręcz paliwem swojej politycznej egzystencji bo już nic innego go tam nie trzyma.
Ale dziś już nie wygląda groźnie.

Raczej śmiesznie.

Stary człowiek w krótkich spodenkach i drewnianym mieczykiem w dłoni.