Golgota Beskidów to droga krzyżowa wiodąca ze wsi Radziechowy-Wieprz koło Żywiec na szczyt wzgórza Matyska, wznoszącego się 609 m n.p.m., w Beskidzie Śląskim. Na szczycie Matyski znajduje się Krzyż Milenijny.
Pierwsza stacja znajduje się we wsi – między domami. Potem droga prowadzi wśród zabudowań, gdzie kolejne stacje stoją obok codziennego życia, a następnie wiedzie zboczami Matyski aż na sam szczyt.
Miejsce stosunkowo nowe, a jednak takie, które szybko zaczęło przyciągać ludzi. Jedni przychodzą dla widoku. Inni – choć nie zawsze to od razu nazwą – dla chwili zatrzymania.
Bo są miejsca, do których jedzie się, żeby coś zobaczyć.
I są takie, do których się idzie, choć nie zawsze wiadomo po co.
Ta droga nie zaczyna się wysoko.
Zaczyna się zwyczajnie. Między domami.
Prowadzi obok ogrodzeń, podwórek, miejsc, gdzie ktoś właśnie wywiesił pranie, gdzie dzieci bawią się na trawie, gdzie ktoś wychodzi z domu i patrzy tylko przelotnie na tych, którzy idą pod górę. Stacje stoją blisko życia. Nie oddzielone. Nie wyniesione. Jakby ktoś chciał powiedzieć, że to wszystko nie zaczyna się gdzieś daleko – zaczyna się tu.
Bo ta droga nie została zbudowana po to, żeby ją oglądać.
Została pomyślana.
Inicjatorem budowy Golgoty Beskidów na górze Matyska był ks. prałat Stanisław Gawlik, ówczesny proboszcz parafii św. Marcina w Radziechowach. Z jego inicjatywy pod koniec 2000 roku stanął tam Krzyż Milenijny, a następnie rozpoczęto prace nad stacjami Drogi Krzyżowej, ukończone w 2009 roku.
Po jego nagłej śmierci w 2004 roku dzieło kontynuował jego następca, ks. Ryszard Kubasiak. Autorem projektów i wykonawcą wszystkich stacji jest prof. Czesław Dźwigaj, krakowski artysta, który nadał temu miejscu jego wyraz i język.
I może dlatego Golgota Beskidów nie jest jedną bryłą ani jedną opowieścią. Powstawała stopniowo. Każda stacja jest inna. Każda mówi swoim językiem. To nie są obrazy, które się tylko ogląda.
To są formy, które wymagają czasu. Czasem nawet ciszy.
Na początku idzie się jeszcze „wśród ludzi”.
Słychać rozmowy. Kroki innych.
Ktoś minie na rowerze.
Ktoś biegnie, skupiony na swoim tempie, jakby ta droga była tylko kolejnym odcinkiem treningu.
Ktoś zatrzyma się na chwilę.
Ktoś przejdzie obok.
I wszystko jest jeszcze zwyczajne.
Ale z każdym krokiem coś się zmienia.
Domy zostają niżej.
Głosy cichną.
Droga zaczyna się wznosić.
I nagle okazuje się, że człowiek idzie już trochę inaczej. Nie dlatego, że musi. Dlatego, że zaczyna być sam ze sobą. Nie całkiem — bo ktoś jeszcze mija, ktoś przejdzie obok, ktoś spojrzy i pójdzie dalej. Ale to już nie jest ta sama obecność co na dole. To jest obecność przelotna. Jakby każdy był tu na chwilę — ze swoją drogą.
A stacje stoją.
Nie zatrzymują.
Nie wołają.
Po prostu są.
I człowiek może przejść obok.
Może spojrzeć.
Może się zatrzymać.
Albo może zrobić coś jeszcze trudniejszego — zobaczyć w tym siebie.
Bo im wyżej prowadzi ta droga, tym mniej jest wokół.
A więcej w środku.
I może właśnie dlatego zaczyna się między domami.
Żeby człowiek zrozumiał, że to nie jest droga gdzieś indziej.
To jest jego droga.
I że nie musi być sam —
ale nikt nie przejdzie jej za niego.
ZAPROSZENIE
Jeśli ktoś ma ochotę, może tę drogę przejść naprawdę. Pojechać, zobaczyć, wejść pod górę i zatrzymać się przy każdej stacji.Ale można też inaczej.Można przejść ją w myślach.Zatrzymać się na chwilę.Popatrzeć.I spróbować zobaczyć trochę więcej niż tylko kształt.Jeśli zechcesz — możesz pójść ze mną. Będę opowiadał, co widzę. A resztę… każdy zobaczy sam.
Zapraszam od jutra na fb. Od godziny 18.15
Zostaw komentarz