https://wiadomosci.wp.pl/sikorski-wygral-z-kaczynskim-jest-wyrok-sadu-apelacyjnego-7267440269810144a
„Sąd Apelacyjny uznał, że opinia o tym, iż 'Lech Kaczyński walnie przyczynił się do katastrofy smoleńskiej’ była elementem uprawnionej oceny prezydentury zmarłego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego” – poinformował na swoim profilu na platformie X Radosław Sikorski.
Sąd apelacyjny, jak poinformował w swoim wpisie minister Sikorski, uznał, że jego wypowiedź na temat Lecha Kaczyńskiego miała „’wystarczające podstawy faktyczne’ i to 'zarówno w sensie subiektywnym (własne doświadczenia pozwanego we współpracy ze śp. Lechem Kaczyńskim), jak i obiektywnym'”. (Źródło)
Moją uwagę przykuwa ów „sens obiektywny”. Jeśli dobrze rozumiem, Sąd Apelacyjny ustalił właśnie, wreszcie, ostateczną prawdę o przyczynach i przebiegu „katastrofy smoleńskiej”. Tak jak sądy w Rosji Putina ustaliły ostateczną prawdę o pakcie Ribbentrop-Mołotow i Katyniu. Winne są ofiary. Polska wszak najbardziej przyczyniła się do zawarcia paktu Ribbentrop-Mołotow prowokowała samym swoim zuchwałym istnieniem dwóch spokojnych sąsiadów. A Katyń? Kto nie chciał pójść na współpracę, którą proponował kombryg Zarubin, ten przecież oczywiście przyczynił się do swego losu – w katyńskim dole. Prezydent Kaczyński sam wybrał swój los w sąsiedztwie Katynia – mógł nie lecieć.
Komentarz do tego wyroku napisałem 14 lat przed jego wydaniem. Wtedy bowiem zetknąłem się po raz pierwszy w Polsce z tego rodzaju kłamstwem: sowieckim kłamstwem. Taki też tytuł dałem swojemu artykułowi. Kto chce, może go poniżej przeczytać:
„Sowieckie kłamstwo”
19 października 2011 roku premier Donald Tusk złożył zeznania w Prokuraturze Okręgowej Warszawa-Praga, która prowadziła śledztwo ws. „ewentualnych nieprawidłowości podczas organizacji wizyt premiera i prezydenta w Katyniu”. Prokuratura śledztwo umorzyła, wskutek czego mogliśmy poznać odtajnione na wniosek oskarżycieli zeznania. Premier zeznał, iż o tym, że Lech Kaczyński chce wziąć udział w uroczystościach katyńskich dowiedział się z mediów – już po tym, jak „pojawiła się informacja o planowanym spotkaniu w Rosji szefa rządu z Władimirem Putinem” (czyli w lutym 2010).
Tymczasem, jak zauważyli nawet dziennikarze TVN, prokuratorzy z warszawskiej Pragi ustalili jednak, że najbliżsi współpracownicy premiera znali plany prezydenta już w styczniu.
Prokuratorom nie udało się uzyskać od premiera odpowiedzi na pytanie, dlaczego po rozmowie z Putinem w lutym nie skontaktował się z Lechem Kaczyńskim, bądź nie polecił swoim współpracownikom, by uzgodnić wspólną politykę Polski ws. wizyty w Katyniu? Uzyskali za to następujące dwie ważne deklaracje szefa polskiego rządu: „Moją intencją było uniknięcie przede wszystkim jakichkolwiek nieporozumień z tytułu uczestnictwa najwyższych przedstawicieli władz polskich podczas uroczystości 70. rocznicy Zbrodni Katyńskiej. Do dnia katastrofy ja nie miałem żadnego sygnału aby prezydent bądź ktoś z jego kancelarii kwestionował sekwencję spotkań tj. mojego spotkania z premierem Putinem a następnie udziału prezydenta w uroczystościach.“ I druga – w odpowiedzi na pytanie, czy premier przyjąłby zaproszenie Putina wiedząc o tym, że w uroczystościach chciałby również wziąć udział prezydent Kaczyński: „Decyzję, aby przyjąć zaproszenie ze strony premiera Putina ja bym przyjął niezależnie jaką miałbym wiedzę o udziale pana prezydenta. Kluczowa dla interesów Polski była obecność premiera Putina w Katyniu“. Na koniec premier wyraził przekonanie (podaję za TVN): „że pomiędzy nim a Lechem Kaczyńskim nie było konfliktu w sprawie odrębnych wizyt w Katyniu. Co więcej, zdaniem Tuska, zaproszenie go przez Putina i ustalenie wspólnej wizyty na 7 kwietnia, pomogło w przygotowaniach odrębnej wizyty prezydenta trzy dni później.“
No, chyba pomogło.
Przepraszam, że raz jeszcze cytuję znane już dokumenty. Wciąż jednak trudno otrząsnąć się z wrażenia. Zetknięcie z kłamstwem tak jawnym, tak wyzywającym, tak pysznym w swej bezkarności – jest poruszającym doświadczeniem. To nie jest „zwyczajne“ kłamstwo polityka, takie, jakiego przykładem może być hasło wyborcze współkierowanego przez Donalda Tuska Kongresu Liberalno-Demokratycznego, który w wyborach 1993 roku obiecywał „milion nowych miejsc pracy“. Tam była bezczelna, kłamliwa obietnica.
Tu mamy do czynienia z kłamstwem dotyczącym zdarzeń, które już nastąpiły. Były obserwowane przez wszystkich tych, którzy interesują się choć w minimalnym stopniu polityką. Prezydent Kaczyński nie leciał pierwszy raz do Katynia. Pierwszy raz natomiast za jego kadencji, w kwietniu 2010 roku, przypadała okrągła (70) rocznica zbrodni na Polakach, której upamiętnieniu ś.p. Prezydent poświęcał zawsze – w odróżnieniu od premiera Tuska – uwagę. Udawać, że zamiar wyjazdu Prezydenta na uroczystości katyńskie w kwietniu 2010 roku był jakąś niespodzianką można tylko za cenę zaprzeczenia oczywistości.
W istocie rzeczy, już od grudnia 2009 roku najbliższy współpracownik Tuska, szef jego kancelarii, Tomasz Arabski, prowadził rozmowy z przedstawicielami Rady Ochrony Pamięci ministra Przewoźnika w sprawie przygotowań do wizyty w Katyniu, a jednym z głównych scenariuszy był wspólny w niej udział premiera i Prezydenta. I już wtedy Arabski został ostrzeżony przez ministra prezydenckiego, Mariusza Handzlika o próbie rozgrywania przez Putina konfliktu wewnątrzpolskiego przez organizację wizyty w Katyniu.
Ta gra była widoczna już wcześniej, podczas organizacji wizyty premiera Putina na uroczystościach 70 rocznicy wybuchu II wojny na Westerplatte. Tak się złożyło, że miałem okazję w tym czasie przeprowadzić obszerną rozmowę z Prezydentem Lechem Kaczyńskim (publikowaną później w „Arcanach“ . Warto przytoczyć jego komentarz do tamtej sytuacji: „Moskwa grała teraz wyraźnie w taki sposób, by nie było tego strasznego prezydenta Kaczyńskiego w czasie obchodów 1 września w Gdańsku: albo będzie Kaczyński, albo przyjedzie Putin. Na szczęście tego Tusk nie dał sobie narzucić, by Moskwa decydowała, gdzie w kraju wolno być prezydentowi, a gdzie nie. Tak to mogło być w 1944 czy 1945 roku.” Jakże Prezydent naiwnie nie docenił Donalda Tuska…
W 2010 roku Donald Tusk nie miał wątpliwości: „Kluczowa dla interesów Polski była obecność premiera Putina w Katyniu”. W samej rzeczy, to dla interesów imperialnej Rosji Putina kluczem do Warszawy była zgoda polskiego premiera, by uznać, że to oni dwaj – Putin z łaskawie dopuszczonym do konfidencji Tuskiem – lepiej rozumieją i realizują „polski interes” od demokratycznie wybranego Prezydenta Rzeczypospolitej. Premier Tusk jasno stwierdził, że Prezydent, konstytucyjnie odpowiedzialny za interesy polskiego państwa, nie ma tej sprawie nic do gadania. I starał się to udowodnić sposobem (nie)przygotowań do tej drugiej, „gorszej” wizyty w Katyniu – tej z 10 kwietnia.
Przykrycie odpowiedzialności za świadomie wybrany scenariusz współpracy z Władimirem Putinem przeciwko Prezydentowi RP – kłamstwem najbardziej bezczelnym, dech zapierającym (na chwilę) nawet dziennikarzom TVN – jest prostym skutkiem tej współpracy. Skala odpowiedzialności za tragedię, zapewne przez Donalda Tuska nie zakładanej, jest tak wielka, że jedyną drogą wydaje się ta właśnie, do której zaprasza Władimir Władimirowicz i zbudowany przez niego model rządów.
Fundamentem tego modelu jest aksjomat: władzy nie możemy oddać, za żadną cenę. Potencjalnie groźne dla systemu jednostki można wyeliminować. Dla reszty jest kłamstwo. Ale nie bylejakie, tylko takie, którego przyjęcie poniża, obezwładnia. Takie, jak np. zaprezentowano Polakom na drugą rocznicę tragedii smoleńskiej: pokazano nam wypucowany wrak Tupolewa. Czy staranne umycie wraku jest zgodne ze standardami dochodzenia w sprawie przyczyn katastrofy? Oczywiście, nie jest. Jest skandalem, jeszcze jednym poniżeniem dla rodzin ofiar, dla państwa polskiego. Ale oto, służące „pojednaniu” media i ich polskie ofiary są w stanie wykrztusić: no, nie, nic się nie stało; wrak nie ma już znaczenia dowodowego… Spotkałem nawet jeszcze lepszy przykład poniżającego zakłamania w tej sprawie: jeden z dziennikarzy sztandarowej gazety „pojednania” stwierdził po pokazie lśniącego bielą wraku, że on nie widzi, żeby został umyty…
Zaprzeczyć oczywistości, zaprzeczyć świadectwu własnych zmysłów, własnej, najświeższej choćby pamięci, najbardziej elementarnej logice, najprostszym wymogom zdrowego rozsądku w kojarzeniu faktów – o to właśnie chodzi. To jest istota pedagogiki sowieckiego kłamstwa. Tak „wychowane” społeczeństwo czuje wstręt do samego siebie – z powodu gwałtu, jaki faktycznie musi zadawać swojej godności, przyjmując TAKIE kłamstwo. Trzeba je wtedy zachęcić, by ten wstręt przeniosło na tych, którzy są prawdziwymi ofiarami, na tych, którzy odważyli się myśleć inaczej.
Nie trzeba było długo czekać. Zaraz po ujawnieniu szokujących zeznać premiera Tuska, funkcjonariusz jego partii z Wrocławia rzucił dla mediów nowy trop: to Lech Kaczyński jest oprawcą – on zmuszał ludzi, by wsiadali do jego samolotu i lecieli do Katynia na tę samobójczą (jednak, jak się okazuje, zabójczą) misję…
Żadne dowody w tej sprawie już nie będą miały znaczenia. Ani to, że to marszałek Sejmu, Bronisław Komorowski, zwracał się z prośbą do kancelarii Prezydenta z prośbą o udostępnienie miejsc w prezydenckim samolocie dla posłów i senatorów, chcących wziąć udział w tak wyjątkowej uroczystości patriotycznej, ani to, że dla dziesiątków osób ten lot, ta okazja była po prostu spełnieniem ich marzeń, albo – inaczej – elementarnego poczucia obowiązku patriotycznego…
Tak, to ofiary są winne. Ofiara = morderca.
Edukacja polityczna przez poniżanie, przez obrażanie zdrowego rozsądku, przez systematyczną podłość – trwa. Dopóki nie poradzimy sobie z problemem odpowiedzialności za katastrofę smoleńską – będzie trwała.
Autor: prof. Andrzej Nowak
Historyk, publicysta, sowietolog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik pracowni Dziejów Rosji i ZSRR w Instytucie Historii PAN.
Zostaw komentarz