Cz.III. Pieniądz, inflacja i państwo. Dlaczego nie da się wydrukować dobrobytu.

Inflacja ma złą opinię i nie bez powodu. Dla zwykłego człowieka oznacza często, że za tę samą pracę może kupić mniej chleba, paliwa, lekarstw albo spokoju. Człowiek idzie do sklepu, patrzy na półkę i widzi, że pieniądz w kieszeni albo na koncie jest niby ten sam, ale jakby chudszy. Liczba się zgadza, nominał się zgadza, przelew przyszedł, pensja jest, a jednak w koszyku mieści się mniej.

Wysoka inflacja jest złodziejem, który nie musi włamywać się do domu, bo siedzi już w cenach. Nie wybija szyby, nie wynosi telewizora, nie zostawia śladów butów na dywanie. Zabiera po trochu, dzień po dniu, rachunek po rachunku, paragon po paragonie. Aż człowiek odkrywa, że jego pensja została taka sama tylko z nazwy. Na papierze albo w aplikacji wygląda znajomo, ale w sklepie ma już mniejszą siłę.

Dlatego ludzie boją się inflacji i mają do tego prawo. Szczególnie ci, którzy żyją z pensji, emerytury, renty albo oszczędności odkładanych przez lata. Bo kto ma majątek, nieruchomości, towary, firmy albo możliwość podnoszenia cen, ten czasem potrafi się jakoś bronić. Ale kto ma tylko wypłatę raz w miesiącu i kilka tysięcy odłożone na czarną godzinę, ten widzi inflację nie w tabelach, lecz w lodówce.

A jednak zupełny brak inflacji albo deflacja nie musi być błogosławieństwem. Na pierwszy rzut oka spadające ceny brzmią pięknie. Któż by nie chciał, żeby jutro było taniej niż dziś? Problem w tym, że gospodarka nie jest tylko półką w sklepie. Jest także miejscem pracy, inwestycji, kredytów, wynagrodzeń, umów i oczekiwań.

Gdy ceny stale spadają, ludzie mogą odkładać zakupy, bo skoro jutro ma być taniej, to po co kupować dziś. Firmy widzą słabszą sprzedaż, więc ograniczają produkcję, odkładają inwestycje, nie zatrudniają nowych ludzi albo zaczynają zwalniać. Płace stoją albo maleją, a stare długi stają się realnie cięższe, bo trzeba je spłacać pieniądzem, który z każdym miesiącem jest więcej wart. Taniej nie zawsze znaczy lepiej, jeśli za tą taniością idzie strach, bezrobocie i zamrożenie gospodarki.

Tu właśnie widać, że inflacja nie jest tylko prostym złem albo prostym dobrem. Jest zjawiskiem, które trzeba trzymać w ryzach. Niewielka, przewidywalna inflacja bywa dla gospodarki jak ruch powietrza w izbie. Ułatwia dostosowanie płac i cen, zachęca pieniądz do krążenia, pozwala firmom planować, a długom nie przyrastać realnym ciężarem ponad miarę. Nie chodzi o to, żeby ceny szalały. Chodzi o to, żeby gospodarka nie zamarzła.

Inflacja jest więc trochę jak ogień w piecu. Mały ogień ogrzewa dom. Zbyt wielki spali chałupę. A zupełny brak ognia sprawia, że wszyscy siedzą w zimnie i udają, że oszczędzają opał. Sztuka polega nie na tym, żeby ognia w ogóle nie było, ale żeby nie wymknął się spod kontroli.

Dlaczego ten mały ogień w piecu bywa potrzebny? Bo gdy ceny i płace stoją w miejscu, gospodarka łatwo sztywnieje. Szef mówi: „Kuba, skoro wszystko stoi, to po co ci podwyżka?”. Firma odkłada inwestycję, klient odkłada zakup, pieniądz przestaje krążyć. A przy deflacji robi się jeszcze gorzej: stary dług zostaje ten sam, ale pieniądz, którym trzeba go spłacać, staje się coraz cięższy. Mała, przewidywalna inflacja jest jak łagodny ruch powietrza. Duża inflacja to już złodziej, który wchodzi ci nocą do lodówki.

I tu pojawia się bank centralny. Ludzie czasem myślą, że bank centralny to drukarnia szczęścia. Nie jest. To raczej strażnik przy piecu. Ma pilnować, żeby ogień nie zgasł, ale też żeby nie wyszedł z paleniska i nie zajął całej chałupy. Jeśli dorzuci za dużo opału, to nie znaczy, że wszystkim zrobi się dostatniej. Może się okazać, że szybciej zrobi się cieplej cenom niż pensjom.

Bo pieniądz można dopisać w sekundę, ale chleba w sekundę się nie upiecze. Domu nie zbuduje się samym przelewem, lekarza nie wykształci samym komunikatem, a energii nie przybędzie od tego, że w systemie pojawi się więcej cyfr. Bank centralny może wpływać na ilość pieniądza, koszt kredytu i tempo obiegu, ale nie może zastąpić realnej pracy, produkcji, wiedzy i organizacji. Jeśli pieniądza przybywa szybciej niż dóbr i usług, ceny zaczynają nadrabiać tę różnicę.

Bo ogień w piecu jest dobry tylko wtedy, gdy jest w piecu. Gdy wychodzi na podłogę, zajmuje zasłony i belki stropowe, nikt już nie mówi o przyjemnym cieple. Podobnie z inflacją. Niewielka może być częścią normalnego ruchu gospodarki. Wysoka zaczyna niszczyć rachunek ekonomiczny, zaufanie do pieniądza i poczucie sprawiedliwości. Człowiek nie wie wtedy, czy oszczędza, czy traci. Czy zarabia, czy tylko dogania ceny. Czy jego praca ma większą wartość, czy tylko liczby zrobiły się większe.

Dlatego rozsądna polityka pieniężna nie polega na czarowaniu cen ani na udawaniu, że można bez końca dopisywać zera i rozdawać dobrobyt. Polega na pilnowaniu, żeby pieniądz krążył, ale nie płonął. Żeby był dość żywy, by gospodarka oddychała, i dość stabilny, by człowiek mógł planować własne życie.

Pieniądz musi krążyć, ale nie może płonąć.

Tu dochodzimy do jednego z najważniejszych złudzeń związanych z pieniądzem. Skoro pieniądz można stworzyć zapisem, skoro bank potrafi uruchomić kredyt, a państwo może zwiększyć wydatki, to łatwo ulec pokusie, że podobnie da się stworzyć dobrobyt. Wystarczy dopisać zera, przelać środki, uruchomić program, rozdać pieniądze, zwiększyć limity i rzeczywistość stanie się bogatsza.

Ale to jest pomylenie znaku z rzeczą.

Pieniądz można dopisać szybko. Chleba nie da się upiec samym zapisem. Domu nie da się wybudować przelewem, jeśli nie ma cegieł, drewna, stali, cementu, energii, fachowców i organizacji. Lekarza nie da się stworzyć decyzją księgową. Nauczyciela nie wywoła się z tabeli budżetowej. Żywności nie przybędzie od samego zwiększenia cyfr na rachunkach, jeśli nie ma ziemi, pracy, pogody, maszyn, transportu i ludzi, którzy potrafią to wszystko połączyć.

Pieniądz jest prawem do udziału w dobrach i usługach, ale sam nie jest ani dobrem, ani usługą. Jest znakiem, który pozwala nam sięgać po cudzą pracę, po cudzy towar, po cudzy czas, po cudzą umiejętność. Ale jeśli tych rzeczy brakuje, sam znak niczego nie wyczaruje. Może co najwyżej sprawić, że więcej ludzi będzie próbowało kupić tę samą ilość chleba, mieszkań, lekarstw czy energii. A wtedy ceny zaczną mówić to, czego politycy, bankierzy i obywatele czasem nie chcą słyszeć: cyfr przybyło, ale świata realnego nie przybyło razem z nimi.

Wystarczy zapytać starsze pokolenie, żeby zobaczyć, że to nie jest teoria. W PRL-u, a szczególnie u jego schyłku, wielu ludzi doświadczyło sytuacji, w której pieniądz formalnie istniał, pensje były wypłacane, ceny urzędowe wisiały na papierze, ale brakowało towarów, a realna wartość pieniądza topniała. Człowiek miał wypłatę, ale niekoniecznie miał co za nią kupić. Miał pieniądze, ale musiał stać w kolejce, szukać znajomości, zapisywać się, odkładać kartki, polować na dostawę. To była bardzo praktyczna lekcja różnicy między pieniądzem a dobrobytem.

Potem przyszły lata 1989–1990 i gwałtowna inflacja. Ekonomiści mogą się spierać, czy mówić tu o hiperinflacji w ścisłym sensie, czy o bardzo wysokiej inflacji. Dla zwykłego człowieka ta różnica pojęciowa była mniej ważna niż doświadczenie: pieniądz tracił wartość szybciej, niż dało się spokojnie planować życie. Pensja otrzymana jednego dnia po kilku tygodniach była już inną pensją, choć nominalnie cyfry mogły wyglądać imponująco.

Podobne lekcje dawały inne kraje. Argentyna przez długi czas należała do państw z wielkim potencjałem i okresami znacznego bogactwa, a jednak wielokrotnie przechodziła kryzysy walutowe i inflacyjne. Gdy zaufanie do pieniądza słabnie, ludzie zaczynają uciekać w inne waluty, towary, nieruchomości, cokolwiek, co wydaje się trwalsze niż banknot własnego państwa.

Jeszcze bardziej skrajny przykład dało Zimbabwe. Kraj, który miał ziemię, rolnictwo, zasoby i potencjał, doprowadził do sytuacji, w której banknoty z coraz większą liczbą zer stawały się symbolem rozpadu zaufania do pieniądza. Można było drukować nominały większe niż wyobraźnia, ale od tego nie przybywało chleba, produkcji ani porządku gospodarczego. Przybywało tylko zer.

Te przykłady różnią się między sobą i nie wolno ich wrzucać do jednego worka. Polska schyłku PRL-u, Argentyna i Zimbabwe miały inne historie, inne instytucje, inne błędy i inne przyczyny kryzysów. Ale łączy je jedna lekcja: gdy państwo, bank centralny i gospodarka tracą zdolność utrzymania zaufania do pieniądza, same banknoty nie ratują dobrobytu. Można mieć coraz większe nominały, coraz więcej zer i coraz grubsze pliki papieru, a jednocześnie coraz mniej realnej siły kupowania.

To trochę tak, jakby ktoś wierzył, że od domalowania kresek na termometrze zrobi się w pokoju cieplej. Termometr może pokazać temperaturę, ale nie napali w piecu. Mapa może pokazać drogę, ale nie przejdzie jej za człowieka. Pieniądz może mierzyć wartość, ułatwiać wymianę, przenosić pracę w czasie, uruchamiać inwestycje i porządkować rachunki. Ale jeżeli za cyframi nie stoi realna praca, wiedza, energia, ziemia, technologia, zaufanie i organizacja, zostają same cyfry.

Warto to powtarzać szczególnie w czasach, gdy pieniądz stał się niewidzialny i łatwo pomylić kliknięcie z cudem. Dawniej, gdy trzeba było bić monetę, wozić srebro, pilnować skarbca i liczyć ciężkie worki, człowiek przynajmniej czuł opór materii. Dziś pieniądz może pojawić się na ekranie niemal natychmiast. Ta lekkość jest wygodna, ale bywa też niebezpieczna. Bo skoro liczby pojawiają się tak łatwo, można zapomnieć, że prawdziwe bogactwo powstaje wolniej: w warsztacie, na polu, w fabryce, w szpitalu, w szkole, w laboratorium, przy biurku projektanta i na budowie.

Nie znaczy to, że pieniądz jest nieważny. Przeciwnie, bez niego nowoczesna gospodarka nie mogłaby działać. Pieniądz jest jak krwiobieg: przenosi wartość, zasila wymianę, pozwala kierować energię społeczeństwa tam, gdzie jest potrzebna. Ale krew sama nie jest całym organizmem. Jeśli nie ma mięśni, płuc, kości, mózgu i rąk do pracy, sam krwiobieg niczego nie uratuje.

Dlatego trzeba odróżnić tworzenie pieniądza od tworzenia dobrobytu. Pieniądz można stworzyć decyzją, kredytem, zapisem. Dobrobyt trzeba stworzyć pracą, rozumem, ziemią, energią, technologią, porządkiem prawnym i zaufaniem. Pieniądz może temu pomóc, może to przyspieszyć, może umożliwić inwestycję, ale nie zastąpi samej rzeczywistości.

Bo pieniądz jest znakiem bogactwa, nie samym bogactwem. A znak bez rzeczy, do której odsyła, prędzej czy później staje się pusty.

Pieniądz nie jest więc samym bogactwem, ale jest jednym z najważniejszych narzędzi organizowania bogactwa. Kto kontroluje pieniądz, ten nie tworzy chleba samym drukiem, ale decyduje, jak krąży zaufanie, dług, płaca, podatek, oszczędność i inwestycja. Dlatego własna waluta nigdy nie była tylko techniczną sprawą ekonomistów. Była także sprawą państwa.

Państwo, które emituje własną walutę, ma w ręku narzędzie sprawczości. Może prowadzić własną politykę pieniężną, reagować na kryzys, wpływać na stopy procentowe, kurs waluty, koszt kredytu i tempo obiegu pieniądza. Może popełniać błędy, oczywiście. Może ulec pokusie dopisywania zer, może osłabić pieniądz, może zniszczyć zaufanie inflacją. Ale ma ster. Dobry czy zły, używany mądrze albo głupio, ale własny.

Państwo bez własnej emisji jest trochę jak gospodarz, który ma dom, ale klucz do piwnicy trzyma sąsiad. Może mieszkać, gotować, zapraszać gości, sprzątać izbę i poprawiać płot. Ale gdy przyjdzie zima i trzeba dorzucić do pieca, musi pytać, czy wolno zejść po opał. Ta metafora nie jest doskonała, bo wspólna waluta może dawać także bezpieczeństwo, większy rynek i stabilniejsze zasady. Ale dobrze pokazuje jedną rzecz: oddanie własnej waluty oznacza oddanie części samodzielności.

Najostrzej widać to w czasie kryzysu. Kraj mający własną walutę może dopuścić jej osłabienie, może użyć banku centralnego jako pożyczkodawcy ostatniej instancji, może dostosowywać politykę pieniężną do własnego cyklu gospodarczego. Kraj we wspólnej walucie nie ma już tego narzędzia wyłącznie dla siebie. Musi działać w rytmie większego organizmu, nawet jeśli jego własny ból jest inny niż ból silniejszych sąsiadów.

Przykład Grecji pokazał to bardzo wyraźnie. Gdy przyszła fala kryzysu zadłużeniowego, Grecja nie mogła po prostu osłabić własnej waluty, aby odzyskać część konkurencyjności. Nie miała już drachmy. Miała euro, a więc pieniądz wspólny, zarządzany nie pod jedną gospodarkę, lecz pod całą strefę euro. Pomoc przyszła, ale razem z warunkami, nadzorem i bolesnymi programami dostosowawczymi. Własny pieniądz nie rozwiązałby wszystkich greckich problemów, bo ich źródła były głębsze. Ale brak własnego pieniądza odebrał Grecji jedno z klasycznych narzędzi reakcji na kryzys.

Z Chorwacją sprawa wygląda inaczej. Przyjęła euro dobrowolnie, licząc na korzyści z uczestnictwa w większym systemie: łatwiejszy handel, brak ryzyka kursowego wobec głównych partnerów, większą przejrzystość cen i mocniejsze zakotwiczenie w europejskiej gospodarce. Ale zapłaciła za to częścią własnej swobody monetarnej. Od tej chwili jej polityka pieniężna jest częścią polityki Europejskiego Banku Centralnego. To nie musi oznaczać katastrofy. Oznacza jednak, że ster nie jest już wyłącznie w Zagrzebiu.

I tu wracamy do sensu suwerenności. Suwerenność nie polega na tym, że państwo może robić wszystko bez konsekwencji. Państwo z własną walutą też może się pogubić, czego uczą przykłady inflacji, kryzysów i pustych banknotów z wieloma zerami. Suwerenność polega raczej na tym, że państwo ma narzędzia i ponosi odpowiedzialność za ich użycie. Może prowadzić własną politykę, ale nie może oszukać rzeczywistości. Może emitować pieniądz, ale nie może wydrukować zaufania bez końca.

Dlatego kontrola nad pieniądzem to nie fanaberia ekonomistów. To jeden z warunków sprawczości państwa. Państwo może mieć hymn, flagę, parlament i urzędy, ale jeśli nie ma wpływu na pieniądz, którym żyją jego obywatele, oddaje część steru komuś innemu. Czasem robi to rozsądnie, w zamian za stabilność i większą wspólnotę. Czasem płaci za to boleśnie, gdy przychodzi kryzys. Ale zawsze jest to decyzja ustrojowa, nie tylko techniczna.

Bo pieniądz jest nie tylko środkiem płatniczym. Jest narzędziem władzy, pamięcią zaufania i jednym z najważniejszych znaków samodzielności państwa.

Wracamy więc do pytania młodego człowieka. Skąd się bierze pieniądz, skoro banknot jest tylko papierem, moneta kawałkiem metalu, a większość pieniędzy istnieje dziś jako zapis, którego nie można ani dotknąć, ani położyć na stole?

Po drodze zobaczyliśmy, że odpowiedź nie mieści się w jednym zdaniu. Pieniądz brał się z kruszcu, ale nigdy nie był tylko kruszcem. Był stemplowanym znakiem władzy. Potem stał się banknotem, notą bankową, obietnicą zapisaną na papierze. Później oderwał się od złota i zaczął opierać się na państwie, prawie, podatkach, bankach, gospodarce i zaufaniu. W końcu stał się cyfrą na rachunku, przelewem, kredytem, ratą, depozytem i zapisem w systemie.

Pieniądz dzisiejszy nie leży więc w jednej skrzyni. On krąży w obietnicach. Jedna obietnica to pensja, druga to kredyt, trzecia to podatek, czwarta to emerytura, piąta to obligacja, szósta to rata za dom. Państwo mówi: przyjmuję ten znak. Bank mówi: zapisuję ten znak. Pracownik mówi: przyjmuję go za swoją pracę. Sklep mówi: oddam za niego chleb. Obywatel mówi, choć najczęściej bez słów: wierzę, że jutro ktoś inny też go przyjmie.

Dlatego pytanie młodego człowieka było tak ważne. Nie pytał tylko o banknoty i monety. Pytał o to, na czym opiera się świat, w którym żyjemy. A świat ten opiera się w znacznej mierze na zaufaniu: do państwa, prawa, banków, technologii, cudzych obietnic i własnej pracy. Opiera się także na pamięci, że obietnic nie wolno nadużywać, bo każda nadużyta obietnica osłabia następną.

Pieniądz jest znakiem, ale nie każdy znak działa. Jest obietnicą, ale nie każda obietnica ma pokrycie. Jest zapisem, ale nie każdy zapis odpowiada rzeczywistości. Dlatego pieniądz potrzebuje czegoś więcej niż papieru, metalu, serwera czy podpisu prezesa banku centralnego. Potrzebuje porządku, pracy, produkcji, prawa, umiaru i zwykłej ludzkiej wiary, że jutro świat nie okaże się zupełnie inną umową niż dzisiaj.

Można więc powiedzieć młodemu człowiekowi tak: pieniądz robi się z obietnicy, ale żyje tylko wtedy, gdy obietnica spotyka się z rzeczywistością. Bank może stworzyć zapis, państwo może ustanowić walutę, bank centralny może pilnować jej wartości, a ludzie mogą nią płacić. Ale jeśli za tym wszystkim nie będzie pracy, towarów, usług, energii, odpowiedzialności i zaufania, zostanie tylko cyfra, która świeci, ale nie grzeje.

Dopóki zaufanie trwa, pieniądz działa. Gdy słabnie, pieniądz chudnie. Gdy znika, zostaje papier, metal albo cyfra bez treści. I wtedy dopiero człowiek widzi, że najważniejszą walutą nie było złoto, lecz wiara, iż jutro ktoś jeszcze dotrzyma słowa.

Zbigniew Grzyb

Z cyklu „PITOLENIE STAREGO GRZYBA” 🍄