Są takie momenty w historii narodów, kiedy trzeba przestać oglądać się na modę, propagandę i naciski silniejszych graczy. Dla Polski takim momentem jest właśnie dziś. Bo polityka klimatyczna Unii Europejskiej przestała być projektem ochrony środowiska, a stała się projektem przebudowy gospodarki za wszelką cenę — nawet kosztem bezpieczeństwa energetycznego, konkurencyjności przemysłu i poziomu życia obywateli.

Polska potrzebuje greenexitu.

Nie dlatego, że Polacy nie chcą czystego powietrza czy nowoczesnych technologii. Potrzebuje go dlatego, że obecny model polityki klimatycznej UE coraz bardziej przypomina ideologiczny eksperyment prowadzony na żywym organizmie europejskiej gospodarki. Eksperyment, za który rachunek płacą zwykli ludzie w postaci wyższych cen energii, ogrzewania, transportu i produktów codziennego użytku.

Przez lata słyszeliśmy, że trzeba zamykać kopalnie, bo węgiel jest przeszłością. Jednocześnie okazało się, że gdy przychodzi kryzys, państwa europejskie gorączkowo wracają do elektrowni węglowych, importują surowce z całego świata i szukają każdej dostępnej megawatogodziny energii. Nagle teoria zderza się z rzeczywistością, a rzeczywistość okazuje się bezlitosna.

Polska ma ogromne zasoby węgla, wieloletnie doświadczenie górnicze i rozwiniętą infrastrukturę energetyczną. Tymczasem od dekad prowadzi politykę stopniowego wygaszania własnych przewag konkurencyjnych. Trudno znaleźć drugi kraj, który z takim uporem traktowałby własne atuty jak problem wymagający likwidacji.

Greenexit oznaczałby odzyskanie prawa do prowadzenia polityki energetycznej zgodnej z polskim interesem narodowym. Nie interesem urzędników w Brukseli, niemieckich think tanków czy organizacji aktywistycznych, ale polskich rodzin, przedsiębiorców i pracowników przemysłu.

Oczywiście nie będzie łatwo. Komisja Europejska zapewne nie przyjmie takiego kroku z entuzjazmem. Pojawią się ostrzeżenia, groźby, być może próby nacisku finansowego i politycznego. Jednak trudno mówić o suwerenności państwa, jeśli każdy ważniejszy wybór musi wcześniej uzyskać aprobatę zewnętrznych instytucji.

Największym błędem byłoby jednak zatrzymanie się na samym odrzuceniu Zielonego Ładu. Greenexit powinien być początkiem nowej strategii rozwoju. Strategii opartej na inwestycjach w nowoczesne technologie węglowe, zwiększaniu efektywności wydobycia, rozwoju energetyki konwencjonalnej oraz budowie własnego potencjału przemysłowego.

Krytycy będą powtarzać, że świat odchodzi od węgla. Tyle że ten sam świat, który wygłasza takie deklaracje, zużywa dziś rekordowe ilości tego surowca. Chiny budują kolejne elektrownie, Indie zwiększają wydobycie, a wiele gospodarek rozwijających się traktuje tanią energię jako fundament wzrostu. Polska nie musi kopiować wszystkich ich rozwiązań, ale powinna wyciągnąć z tego oczywisty wniosek: państwo bez taniej i stabilnej energii skazuje się na gospodarczy marazm.

Węgiel nie jest celem samym w sobie. Jest narzędziem. Tak samo jak gaz, atom czy odnawialne źródła energii. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedno z tych narzędzi zostaje administracyjnie zakazane nie dlatego, że jest nieefektywne, lecz dlatego, że stało się politycznie niepoprawne.

Greenexit nie jest więc opowieścią o powrocie do przeszłości. Jest postulatem odzyskania prawa do samodzielnego decydowania o przyszłości. Odrzucenia polityki, która coraz częściej przypomina kosztowny eksperyment gospodarczy, i zastąpienia jej pragmatyzmem.

Jeżeli Polska ma pozostać krajem przemysłowym, zdolnym do konkurowania na światowych rynkach, musi mieć własną energię, własne surowce i własną strategię. A pierwszym krokiem do tego może być właśnie greenexit. Nie jako akt buntu dla samego buntu, lecz jako deklaracja, że interes polskiej gospodarki będzie wreszcie ważniejszy niż klimat politycznych mód.