Głośna sprawa lekarza-rezydenta ze Szpitala Południowego pokazała dwie sprawy. Luki w systemie ich wynagradzania w publicznej służbie zdrowia oraz zwykłą pazerność niektórych lekarzy. Nie wiem czy to są wyjątki czy skala tego jest większa, ale to nie powód by urządzać polowania na czarownice czyli całą profesję.

Pamiętacie Państwo strajki lekarzy jeszcze nie tak dawno.
Domagali się wyższych zarobków.

No i mają bo lekarzy, zwłaszcza specjalistów, w Polsce brakuje.
Szpitale, zwłaszcza te mniejsze, prześcigają się w ofertach w wysokości stawek godzinowych za dyżury.
W niektórych przypadkach to nawet 500 zł.

Wystarczy próbować się zapisać do dowolnej przychodni lekarskiej, do specjalisty, by zobaczyć skalę problemu.
Terminy są wielomiesięczne, a nawet roczne.
To samo dotyczy zabiegów w szpitalach.

Większość z nich nawet 90 proc. swego budżetu przeznacza na wynagrodzenia medyków, którzy często pracują w kilku jednostkach jednocześnie.
W różnej formie zatrudnienia.

Częstym procederem jest też to, że w tych samych godzinach urzędowania, potrafią być w dwóch miejscach jednocześnie.
W jednym osobiście, a w drugim, na telefon.

Bo system tego „nie widzi”.
Dla niego to dwie, różne osoby.

Jak to mówią, „okazja czyni złodzieja”, w tym przypadku może nie złodzieja, ale kogoś kto cynicznie i chciwie wykorzystuje te luki.
Bo być lekarzem, to nie tylko kwestia uprawnień do zawodu, ale też etyki.
A z tą wielu, chcę wierzyć, że mniejszość, jest na bakier.

Wszystkie przytoczone tu okoliczności nie powinny jednak skłaniać nas do wylewania kubła pomyj na całą brać lekarską.
Wielu jest takich, którzy z poświęceniem dbają o nasze zdrowie.
I wcale nie zarabiają kokosów.

Konkludując, jeśli rząd chce tę sprawę reformować niech robi to na chłodno, nie ulegając chwilowej presji części opinii publicznej.

Bo może się za jakiś czas znów okazać, że reformując, wylano medyków z kąpielą.