Sprawa Dawida Kacprzyka stała się symbolem problemu znacznie większego niż jeden człowiek. Według ujawnionych informacji 29-letni lekarz, bez ukończonej specjalizacji, był zatrudniony jednocześnie w kilku warszawskich szpitalach, m.in. w Szpitalu Południowym i Szpitalu Bródnowskim.

W samym Szpitalu Bródnowskim za luty, marzec i kwiecień 2026 roku miał otrzymać 300 600 zł wynagrodzenia. Wcześniej informowano również o jego milionowych zarobkach w Szpitalu Południowym.

Nawet jeśli wszystkie umowy okażą się zgodne z obowiązującymi przepisami, rodzi się pytanie: czy taki system jest normalny? Czy państwo naprawdę nie ma mechanizmów, które pozwalają sprawdzić, ile godzin jedna osoba jest w stanie realnie przepracować w kilku placówkach jednocześnie?

To nie jest wyłącznie historia jednego lekarza. To historia patologicznego państwa, które przez lata pozwalało, by kontrola istniała głównie na papierze. Bo ktoś podpisywał umowy. Ktoś zatwierdzał rozliczenia. Ktoś uznawał, że wszystko się zgadza. Wiadomo kto. Kolesie z Koalicji Obywatelskiej.

Pacjenci miesiącami czekają na wizytę, słysząc, że brakuje pieniędzy. Tymczasem z tych samych publicznych środków wypłacane są wynagrodzenia, które dla większości Polaków są niewyobrażalne. To nie budzi zazdrości. To budzi pytanie, czy system działa w interesie obywateli.

Jeżeli kontrola wykaże nadużycia, odpowiedzialność powinni ponieść wszyscy, którzy je umożliwili. Jeżeli zaś okaże się, że wszystko odbywało się zgodnie z prawem, oznacza to, że chore jest samo prawo. Bo państwo nie może opierać się na przepisach, które podważają zaufanie obywateli do instytucji publicznych. I które z publicznych pieniędzy nagradza przydupasów Tuska.