„Gdybyś był blisko, dałabym ci poziomkę.
Mówiłbym-weź najmilszy, to jest kropla słońca”, Jasnorzewska-Pawlikowska

Nie o filmie Bergmana, przytoczonym w tytule jest ten króciutki felieton.
W nastroju, bliższy do poezji Marii Jasnorzewskiej Pawlikowskiej.

O radości, słodyczy pochodzącej ze słońca oraz o lecie.

U mnie w ogrodzie, rosną pod sosnami.

Wysoką na prawie 10 metrów, sosną himalajską.
I trochę od niej niższą, sosną czarną.

Niestety, kiedy je sadziłem, zbyt blisko siebie, nie sądziłem, że ta pierwsza będzie zabierać światło tej drugiej.

Z tego też powodu, sosna czarna rośnie nieregularnie.

Gałęzie od strony słońca są bardzo długie, jakby mimo potężnej konkurentki, chciały mieć go jak najwięcej dla siebie.

Te, w cieniu, przytłumione przez długie rzęsy himalajskiej, zmarniały.
Część uschła.

Pod nimi, dostrzec można czerwone koraliki poziomek.
Przy takiej ilości słońca, słodkich jak miód.
Część posadziłem, ale większość się rozrosła z tych pierwszych, bo poziomka, podobnie jak truskawka, rozmnaża się przez rozłogi.

Rzadko pielę to miejsce, bo nie uznaję wyrywania tzw. chwastów.
Bo chwastów w przyrodzie nie ma.
To człowiek uznał, że jedne rośliny mogą sobie rosnąć, a inne trzeba usunąć.
Zwłaszcza na plantacjach, polach czy warzywnikach.

Rosną sobie więc te poziomki swobodnie.
Bez mojej ingerencji.
Za sąsiadów mają wyniosłe, miododajne błękitne żmijowce, konwalie, mech i wszystko co z wiatrem się wysieje.

Niekiedy zrywa je wnuczka, ale na ogół, są wyśmienitym daniem dla ślimaków i owadów.

Przecież to też stworzenia Boże, niech zatem mają.