Od „Sławy” do „Krzepcież się”, czyli krakowska doba człowieka

Dawne krakowskie słowa nie tylko coś znaczyły. One coś robiły z człowiekiem. „Sława!” prostowała go na powitanie, „Szczęść Boże!” prowadziło przez pracę, „Ostajcie z Bogiem” pilnowało progu domu, a „Krzepcież się!” wzmacniało na drogę. Bo człowiek nie miał się tylko jakoś tam „trzymać”, jedną ręką płotu, drugą poręczy, a trzecią, której przecież nie ma, resztek rozsądku.

Mówimy dziś „trzymaj się” tak często, że już nie słyszymy, jakie to dziwne pożegnanie. Niby życzliwe, niby ciepłe, niby takie zwyczajne i po ludzku dobre. Ale kiedy Stary Grzyb weźmie je pod światło, to zaraz zaczyna coś zgrzytać. Trzymaj się, czyli czego właściwie? Poręczy? Klamki? Płotu? Resztek emerytury? Krawędzi świata? Brzmi to tak, jakby człowiek wisiał nad rowem, jedną ręką czepiał się gałęzi, drugą machał do sąsiada i jeszcze próbował udawać, że wszystko jest w porządku. A my mu na odchodne mówimy: „trzymaj się”. Ładne mi życzenie. Trochę jakbyśmy przyznawali, że świat jest przepaścią, a człowiek ma tylko nie odpaść.

Dawniej pod Krakowem umiano powiedzieć to mocniej, prościej i chyba mądrzej. Nie „trzymaj się”, tylko „Krzepcież się!”. I w tym jednym słowie było więcej niż w całej garści dzisiejszych uśmieszków, emotikonów i automatycznych „pozdrawiam serdecznie”. To nie było „pa”, rzucone przez ramię między jedną sprawą a drugą. To było życzenie zdrowia, siły, odporności, kręgosłupa i takiej wewnętrznej twardości, która nie robi z człowieka kamienia bez serca, tylko pozwala mu nie rozlecieć się przy pierwszym uderzeniu losu. „Krzepcież się” nie kazało człowiekowi wisieć nad rowem i desperacko trzymać się gałęzi. Ono mówiło: stań mocno, nabierz sił, nie daj się pochylić.

Widzę przy tym zawsze starego gospodarza gdzieś spod z okolic Naramy, Iwanowic albo Proszowic. Stoi przy drodze, może oparty o laskę, może już trochę zgarbiony od lat, od roboty i od wszystkich tych spraw, których człowiekowi nikt w metryce nie zapisuje, ale życie i tak mu je na plecy nakłada. A jednak kiedy taki człowiek mówi, (albo do niego mówią), „Krzepcież się!”, to ma się wrażenie, że to nie on podpiera się laską, tylko laska jego. Że w tym głosie jest jeszcze twardość zmarzniętej grudy, zapach pola po deszczu, cierpliwość konia przy furze i ta chłopska pewność, że jak trzeba, to się człowiek zaprze nogami w ziemię i jakoś przetrwa. Nie dlatego, że świat jest łaskawy, ale właśnie dlatego, że najczęściej nie jest.

Bo „krzepić się” to nie było żadne tam delikatne „poczuć się trochę lepiej”, jak po herbatce z cytryną i dwóch godzinach leżenia pod kocem. To było słowo z twardego materiału. Z tej samej rodziny co krzepa, krzepki, krzepnąć, krzepić. Człowiek krzepki to nie taki, co tylko żwawo przebiera nogami, ale taki, który trzyma się mocno w sobie, nie rozchodzi się na szwach i nie pęka od pierwszego nacisku. Pokrzepić się znaczyło odzyskać moc, nabrać siły w ciało i ducha, stanąć pewniej, jakby ktoś człowiekowi od środka dokręcił obluzowaną śrubę. Nie darmo później, w 1931 roku, Wańkowicz mógł ukuć słynne hasło „Cukier krzepi”, które znała cała Polska. Bo każdy od razu rozumiał, o co chodzi: nie tylko o słodycz, ale o obietnicę, że człowiekowi przybędzie mocy.

I kiedy o tym myślę, zaraz wraca mi obraz z dzieciństwa. My, dzieciaki, pomagamy rodzicom w polu, bardziej pewnie przeszkadzając niż pomagając, ale przecież człowiek musiał się uczyć roboty od małego. A babcia woła nas z bratem do siebie: „A pódźcież ku mnie, wnucusie, i pokrzepcie się kapkę”. I kładzie przed nami pajdę chleba z pieca, ze śmietaną gęstą jak uczciwe słowo i cukrem na wierzchu. No i proszę — Wańkowicz miał swoje „Cukier krzepi” w reklamie, a moja babcia miała to samo w kuchni, tylko bez afisza, bez kampanii i bez wielkich słów. Po prostu wiedziała, że człowiek po robocie ma się pokrzepić, bo inaczej daleko nie zajedzie.

W Małopolsce słowa nie były z waty. Miały ciężar ziemi, krwi i roboty. Krew krzepnie, żeby zamknąć ranę i zatrzymać życie w człowieku. Ziemia krzepnie na mrozie, twardnieje, zbija się w grudę, której nie rozdepczesz byle butem. Człowiek też musiał krzepnąć, bo życie potrafiło uderzyć z takiej strony, z której nikt się go nie spodziewał. Bieda, choroba, wojna, urząd, nieurodzaj, śmierć w rodzinie, to wszystko przychodziło bez pukania. I wtedy nie wystarczało się „trzymać”. Trzeba było mieć w sobie coś zwartego, coś twardego, coś, co pozwalało nie rozlać się po świecie jak rozdeptane błoto.

Dlatego „Krzepcież się!” było życzeniem bardzo konkretnym. Nie poetycką mgiełką, nie ozdobną kokardką na końcu rozmowy, tylko praktycznym słowem na życie. Takim jak dobry kij w drodze, kromka chleba w torbie albo ciepła kapota na wiatr. Życząc komuś, żeby się krzepił, mówiło się mu właściwie: niech ci się rana zamknie, niech ci ziemia pod nogami stwardnieje, niech cię świat nie połamie. Idź, ale idź mocny.

Na dawnej wsi pożegnanie nie było byle czym. To nie było dzisiejsze „no to pa”, rzucone w progu, kiedy człowiek jedną ręką szuka kluczy, drugą telefonu, a głową jest już całkiem gdzie indziej. Dawniej człowiek naprawdę wychodził. W pole, gdzie burza nie pytała nikogo o zgodę i potrafiła w pół godziny położyć zboże, spłoszyć konia albo zostawić człowieka mokrego do ostatniej nitki. Do lasu, gdzie nie wszystko, co żyło, było przyjazne, a wilk nie znał ani etykiety, ani litości. Na gościniec, gdzie można było spotkać sąsiada, handlarza, żebraka, zbója, a czasem urzędnika, który człowieka zatrzymał nie dlatego, że miał rację, tylko dlatego, że miał papier.

Wychodziło się też do miasta, do sądu, do wojska, do roboty, na służbę, za chlebem, nieraz tak daleko, że matka jeszcze długo patrzyła za synem, choć już dawno zniknął za zakrętem. Świat nie był wtedy mniejszy, tylko człowiek miał mniej zabezpieczeń. Nie było telefonu w kieszeni, samochodu pod domem, aplikacji z pogodą ani numeru alarmowego pod palcem. Była droga, niebo nad głową, błoto pod butem i to, co człowiek wyniósł z domu: wiara, wychowanie, kawałek chleba i dobre słowo na odchodne.

Dlatego „Krzepcież się!” działało jak mały słowny amulet. Nie w znaczeniu czarów, odpukać w niemalowane i zawiązać czerwoną nitkę na płocie, ale w tym najprostszym, ludzkim sensie: ktoś cię żegnał tak, jakby chciał ci dać trochę swojej siły. Jakby mówił: idź, ale nie samym ciałem, weź też ze sobą krzepę, pamięć domu i tę pewność, że masz do czego wracać. Bo świat rzadko pytał chłopa o zgodę. Najczęściej po prostu przychodził, kładł mu ciężar na plecy i patrzył, czy się ugnie.

I tu dochodzimy do tej małej, cudownej, małopolskiej cząstki „-że”, która robi w zdaniu więcej roboty niż niejeden doktorat oprawiony w skórę i postawiony na półce. Bo przecież co innego powiedzieć komuś sucho: „weź”, a co innego: „weźże”. Co innego burknąć: „chodź”, a co innego zawołać: „chodźże”. Co innego rzucić: „powiedz”, a co innego poprosić: „powiedzże”. Niby tylko ogonek, niby jedna drobina języka, a od razu zmienia się całe światło w izbie. Rozkaz mięknie. Komenda zdejmuje buty. Wchodzi serdeczność.

Tak samo jest z „krzepcie siꔄkrzepcież się”. Pierwsze może jeszcze brzmieć jak hasło z plakatu albo komenda z ambony: krzepcie się, obywatele, bo czasy trudne. Drugie jest już całkiem inne. „Krzepcież się!” mówi człowiek do człowieka, sąsiad do sąsiada, ciotka do bratanka, gospodarz do gościa stojącego w progu. W tym „-że” jest troska, poufałość, ciepło i taka krakowska miękkość, która wcale nie odbiera słowu siły. Przeciwnie, ona tę siłę oswaja. Sprawia, że nie czujesz się popchnięty w plecy, tylko odprowadzony do drogi.

To „-że” jest jak miękka końcówka w skrzypcach, nie zmienia melodii, ale zmienia serce.

Bo „Krzepcież się!” brzmi jak dotknięcie dłoni, nie jak komenda. Jakby ktoś poprawił ci kołnierz przed wyjściem, podał czapkę, spojrzał w oczy i powiedział: idź, ale pamiętaj, żebyś się nie dał. Nie krzyczy nad tobą, nie ustawia cię w szeregu, nie robi z ciebie rekruta. On ci dobrze życzy. I właśnie dlatego ta mała partykuła jest tak ważna. Bez niej słowo jest mocne. Z nią, mocne i ludzkie.

Jest w tym jeszcze jedna rzecz, której dziś czasem nie czujemy, bo żyjemy już w innym świecie i rozkaz kojarzy nam się najwyżej z urzędem, wojskiem albo żoną, kiedy człowiek za długo siedzi przy komputerze. Na dawnej wsi słowa miały swój porządek społeczny. Czyste „rób!”, „idź!”, „daj!”, „chodź!” pachniało panem, ekonomem, karbowym, komendą z góry. Tak mówił ten, kto miał władzę nad cudzym grzbietem. Między swoimi, między ludźmi, którzy razem znali smak tej samej ziemi, tego samego potu i tego samego niedostatku, trzeba było mówić inaczej. Nie dlatego, że chłop był delikatny jak porcelana, tylko dlatego, że dobrze wiedział, czym się różni słowo człowieka od słowa bata.

Dlatego te wszystkie „weźże”, „chodźże”, „powiedzże”, „byjcież zdrowo” i „krzepcież się” nie były tylko gwarową ozdobą. To był język ludzi równych sobie w trudzie. Człowiek nie ustawiał drugiego pod ścianą, tylko stawał obok niego. Nie rozkazywał: „masz być mocny”, ale życzył: „bądźże mocny, bo wiem, co niesiesz”. W takim słowie była sąsiedzka solidarność, ta cicha, bez wielkich deklaracji, która nie potrzebowała sztandarów, bo wystarczało, że ktoś w progu powiedział dobrze i po ludzku. „Krzepcież się!” było więc nie tylko pożegnaniem. Było znakiem, że idziemy każdy swoją drogą, ale z tego samego świata, z tej samej roboty i z tej samej biedy, więc nie będziemy do siebie mówić jak pan do parobka.

I tu pięknie domyka się klamra z poprzednim pitoleniem o „Sławie”. Bo jeśli dobrze się wsłuchać w dawne krakowskie słowa, to one układają się nie w przypadkowy słowniczek, ale w całą dobę człowieka. Na wejściu było „Sława!” , słowo dumne, proste, wyprostowane, jakby człowiek stawał w progu i mówił: jestem swój, znam swoje miejsce, znam swoją mowę i wiem, skąd przychodzę. Potem był dzień pracy, a wraz z nim „Szczęść Boże!” albo nasze robotne, krakowskie „Daj Boże zdrowie!” czy bardziej poufałe „A dejze Ci Panie Boze zdrowie”, rzucone do kogoś, kto orał, kosił, grabił, wiązał snopy albo po prostu mocował się z codziennością. I to nie było puste gadanie. To było uznanie dla trudu drugiego człowieka, takie małe błogosławieństwo na robotę, żeby ręce dały radę, plecy wytrzymały, a pogoda nie pokazała pazurów.

A kiedy przychodziło rozstanie, kiedy ktoś wychodził z izby, z obejścia, z pola albo z rozmowy, wtedy pojawiały się słowa pilnujące progu: „Ostajcie z Bogiem”, mówił ten, który odchodził. „Idźcie z Bogiem”, odpowiadał gospodarz. Można było dodać „Byjciez zdrowo”, „Bądźcież zdrowi”, a gdy droga była dłuższa, życie cięższe albo człowiek starszy i bardziej poobijany przez świat, nad tym wszystkim stawało mocne „Krzepcież się!”. Jak korona pożegnań. Jak ostatnie dobre słowo podane na drogę, gdy już ręka puszczała klamkę, a noga szukała ścieżki.

Między „Sławą!”„Krzepcież się!” mieści się cała krakowska doba: praca, modlitwa, sąsiedztwo, trud, humor i krzepa. Człowiek był witany tak, żeby pamiętał o godności. W pracy słyszał słowo, które nie pozwalało mu zapomnieć, że jego trud ma sens. Na pożegnanie dostawał życzenie, żeby się nie dał połamać. I może właśnie dlatego te dawne formuły są takie mądre. One nie gadały dla ozdoby. One trzymały ludzi na nogach.

W tym miejscu warto wspomnieć człowieka, który z tego dawnego, ludowego zawołania zrobił coś więcej niż tylko ładne pożegnanie. Jędrzej Cierniak nie przyszedł do kultury ludowej z zewnątrz, z notesikiem pana badacza, który zapisuje „ciekawe zwyczaje prostego ludu”, a potem wraca do miasta na herbatę. On był z tej ziemi. Urodził się w Zaborowie w Małopolsce i dobrze wiedział, że dla człowieka ze wsi własna mowa, pieśń, obrzęd i zwyczaj nie są dekoracją do akademii, tylko częścią kręgosłupa. Tak jak ja lubię mówić, że jestem z Naramy, bo to nie jest tylko punkt na mapie, ale kawał mnie samego, tak i u Cierniaka Zaborów nie był przypisem do życiorysu. Był źródłem.

Dlatego kiedy Cierniak mówił „Krzepcie się!”, nie brzmiało to jak folklorystyczny cytat z cudzej chałupy. Brzmiało jak słowo wyniesione z domu i podniesione do rangi programu. Ten pedagog, działacz oświatowy, człowiek teatru ludowego i ruchu wiejskiego rozumiał, że kultura chłopska nie jest żadną cepelią do postawienia za szybką. Nie jest kolorową wycinanką, którą można pokazać mieszczuchowi od święta, żeby westchnął: „jakie to malownicze”. Dla niego ludowa mowa, pieśń, obrzęd, teatr i obyczaj były siłą, która miała prostować ludzi zbyt długo uczonych, że ich świat jest gorszy, śmieszniejszy, mniej uczony i mniej wart.

„Krzepcie się!” u Cierniaka było więc programem moralnym. Krótkim, twardym wezwaniem: nie dajcie się rozmiękczyć, nie dajcie sobie wmówić, że jesteście tylko dodatkiem do cudzej historii, nie zgubcie swojej mowy, swojej pamięci i swojej godności. On nie mówił „krzepcie się” z ambony. On mówił to tak, jakby mówił do swoich, do ludzi, których znał z twarzy, nie z papierów. Gdy pracował z młodzieżą wiejską, gdy organizował teatr ludowy, gdy pisał do ludzi, którzy z własnej chałupy szli w szkoły, miasta, urzędy i wielki świat, to za tym „Krzepcie się!” stało coś bardzo konkretnego. Nie: przebierzcie się ładnie w stroje ludowe i zatańczcie dla dekoracji. Tylko: miejcie krzepę, bo bez niej świat was przerobi na swoją modłę.

Żeby jednak nie było, że Stary Grzyb siadł sobie przy piecu, zapatrzył się w dym z komina i sam z siebie wymyślił całe to „Krzepcież się!”, trzeba powiedzieć jasno: takie słowa mają swój rodowód i swoich świadków. Dawne zwyczaje, mowę i obyczaje ludu krakowskiego zapisywali już badacze pokroju Oskara Kolberga, którzy wiedzieli, że w wiejskim „dzień dobry” i „zostańcie z Bogiem” siedzi często więcej prawdy o wspólnocie niż w niejednym urzędowym sprawozdaniu. Bo ludowa grzeczność nie była pustą dekoracją. Ona miała rytm pracy, szacunek do starszych, pamięć trudu i tę prostą świadomość, że człowiek człowieka nie powinien wyprawiać w drogę byle jakim słowem.

A co ważniejsze, ta sprawa nie skończyła się na starych tomach i pożółkłych kartach. Biblioteka Kraków zrobiła wokół tego piękny projekt „KRZEPCIEŻ SIE! Tradycyjna życzliwość w domu i na polu”, pokazując, że dawne formuły nie muszą leżeć w muzealnej gablocie jak wysuszony motyl. Przy takich rzeczach dobrze mieć obok ludzi, którzy nie tylko znają gwarę z książek, ale czują jej oddech. Prof. Kazimierz Sikora i dr Artur Czesak od lat robią dla krakowskiej mowy robotę ważną, rzetelną i potrzebną: opisują, tłumaczą, porządkują, ale nie odbierają jej życia. A ja tym bardziej ich tu wspominam, bo wiem z własnego doświadczenia, że z takimi ludźmi dobrze się współpracuje, oni nie patrzą na godkę jak na językowy eksponat, tylko jak na żywą mowę ludzi, którzy nadal mają coś do powiedzenia.

No i ktoś powie: dobrze, dobrze, piękne to wszystko, ale dziś już nikt nie idzie z kosą w pole, wilk rzadko wyskakuje zza krzaka, a austriacki urzędnik, choć duchowo czasem nieśmiertelny, zmienił mundur na formularz elektroniczny. Prawda. Tylko czy od tego człowiekowi zrobiło się lżej? Dziś też trzeba się krzepić. Na korki, w których człowiek stoi dłużej niż dawniej koń pod karczmą. Na inflację, która podgryza portfel cicho, ale systematycznie. Na papierologię, która niby jest cyfrowa, a jednak potrafi człowieka zmęczyć bardziej niż ręczne przepisywanie ksiąg gminnych. Na telefony, które dzwonią wtedy, kiedy człowiek właśnie usiadł. Na algorytmy, które wiedzą o nas więcej niż sąsiadka, choć nigdy nie pożyczyły szklanki cukru.

Trzeba się krzepić także na internetowe mędrkowanie, bo dziś każdy może w pięć minut zostać ekspertem od wszystkiego: od geopolityki, przez medycynę, po nawożenie ogórków, byle miał klawiaturę i odrobinę tupetu. Trzeba się krzepić na wiadomości, które przychodzą szybciej, niż człowiek zdąży pomyśleć, czy w ogóle chce je wiedzieć. Na komputerowe czeluście, w których ginie tekst zapisany „na pewno gdzieś tutaj”. Na drukarkę, która akurat wtedy, kiedy człowiek ma coś pilnego wydrukować, oznajmia z godnością cesarsko-królewskiego urzędu, że tusz żółty się skończył, więc czarnego też nie wydrukuje. Dawniej człowiek krzepł na mróz i biedę. Dziś musi krzepnąć na powiadomienia. Czasy się zmieniły, ale potrzeba krzepy została. Tylko dawne gościńce zamieniły się w ekrany, kolejki, przepisy, hasła, kody, aktualizacje i całe to nowoczesne tałatajstwo, od którego człowiek czasem naprawdę musi usiąść, napić się herbaty i powiedzieć sam do siebie: krzepcież się, stary, bo jeszcze dzień się nie skończył.

No i na końcu wracamy do tego naszego biednego „trzymaj się”. Nie chcę mu całkiem robić krzywdy, bo przecież ludzie mówią je z dobroci, a nie z filozoficznego namysłu nad kondycją człowieka wiszącego nad przepaścią. Ale jednak coś w tym słowie jest za słabe. Bo trzymać się można byle czego: słupka, poręczy, cudzej obietnicy, własnego złudzenia, a czasem nawet takiej myśli, która już dawno powinna pójść na kompost. Człowiek się trzyma, trzyma, trzyma, i jeszcze nie wiadomo, czy tego, co go ratuje, czy tego, co go ciągnie w dół.

A krzepić się można tylko tym, co naprawdę ma wartość. Domem, pamięcią, pracą, wiarą, przyjaźnią, własną mową, kawałkiem ziemi, dobrą książką, uczciwym słowem, drugim człowiekiem, który w porę powie: nie rozłaź się, nie mięknij, nie daj się połamać. Dlatego kiedy dziś ktoś mówi „Krzepcież się”, to nie cytuje muzeum. Niesie dalej krakowską krzepę, tę samą, która trzymała chłopa na roli, Cierniaka w czasie próby, a staruszka spod Iwanowic na nogach. To jest słowo stare, ale nie zużyte. Może właśnie dlatego stare, że sprawdzone.

Więc jeśli już mamy sobie czegoś życzyć na drogę, to nie tylko tego, żebyśmy się jakoś tam trzymali. Trzymać to się może guzik u kapoty, dopóki nitka nie puści. Człowiek powinien się krzepić. W sobie, w swoich, w tym, co go prostuje, a nie zgina. Dlatego, ludzie kochane, krzepcież się. Nie dlatego, że świat jest lekki, tylko właśnie dlatego, że lekki nie jest.

Zbigniew Grzyb

Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄