Panie Władku, po co się męczyć? Mr Włodek Panu pomoże! Wystarczy zastosować nowatorską metodę demokracji: najpierw zawiesić niewygodnych, potem policzyć tych, którzy zostali, a na końcu ogłosić wielki sukces praworządności!
Władysław Kosiniak-Kamysz znowu pokazał, że jest politykiem, który bardzo lubi wyglądać na rozsądnego. Taki poczciwy brat-łata, człowiek dialogu, porozumienia i politycznego kompromisu. Zawsze uśmiechnięty, zawsze gotowy do rozmowy, zawsze gdzieś pomiędzy własnymi ambicjami a oczekiwaniami Donalda Tuska.
Tym razem pan Władysław zapowiedział poszukiwanie większości konstytucyjnej, aby zmienić Konstytucję i – jak rozumiem – naprawić Trybunał Konstytucyjny.
No proszę! Nagle PSL odkryło, że do zmiany Konstytucji potrzebna jest większość dwóch trzecich głosów w Sejmie. Przy pełnej ustawowej liczbie posłów oznacza to 307 głosów. A więc trzeba przekonać również PiS.
I tutaj zaczynają się schody. Bo jak przekonać opozycję, skoro wcześniej tak skutecznie przekonywano ją, że jej głos niekoniecznie musi być potrzebny do wszystkiego?
Panie Władku, naprawdę niepotrzebnie komplikuje Pan sobie życie!
Jest przecież nowa szkoła demokracji!
Po co prowadzić trudne negocjacje z opozycją? Po co przekonywać posłów, rozmawiać, szukać kompromisu i mozolnie budować większość konstytucyjną?
Przecież można skorzystać z doświadczeń, które – według krytyków ostatnich wydarzeń wokół Trybunału Konstytucyjnego – właśnie testowane są w praktyce.
Proponuję następujący, całkowicie satyryczny poradnik dla ambitnych reformatorów:
Krok pierwszy: zawiesić tych posłów, którzy nie pasują do koncepcji.
Krok drugi: ewentualnie nie dopuścić ich do udziału w obradach. W końcu nieobecny poseł nie podnosi ręki, a brak podniesionej ręki bardzo ułatwia liczenie głosów.
Krok trzeci: policzyć tych, którzy pozostali. Jeżeli na sali będzie 230 posłów, to dwie trzecie tej liczby wynosi około 154.
Krok czwarty: ogłosić historyczny sukces demokracji i przystąpić do zmiany Konstytucji!
Oczywiście to satyryczny absurd, a nie prawna recepta. Konstytucja określa zasady większości i kworum, a polityczne wykluczanie posłów nie jest legalnym sposobem ich obchodzenia.
Ale przecież w dzisiejszej polityce właśnie na tym polega cały problem: gdy zasady przeszkadzają w osiągnięciu celu, niektórzy zamiast zmienić cel, próbują zmienić zasady.
Czarzasty – człowiek do zadań specjalnych?
I tutaj na scenę wkracza Włodzimierz Czarzasty.
Marszałek Sejmu, człowiek z politycznym doświadczeniem, któremu najwyraźniej nie brakuje pomysłów na interpretowanie parlamentarnych obyczajów. Jeśli ktoś miałby zostać dyrektorem nowego Instytutu Kreatywnego Liczenia Większości, to kandydat nasuwa się sam.
Pan Władysław mógłby spokojnie zająć się uśmiechaniem, wygłaszaniem pojednawczych deklaracji i opowiadaniem o potrzebie dialogu. Mr Włodek zająłby się resztą.
Kosiniak-Kamysz dostarczałby zieloną narrację, Czarzasty pilnowałby arytmetyki, a Donald Tusk mógłby ogłosić, że właśnie uratowano demokrację.
I wszyscy byliby zadowoleni. No, może poza tymi, których akurat zabrakłoby na sali.
PSL, czyli zielony arbuz z czerwonym środkiem
Jest w tej historii jeszcze jeden szczegół, o którym nie wolno zapominać.
Polskie Stronnictwo Ludowe od lat pielęgnuje wizerunek partii umiarkowanej, ludowej, rozsądnej i zakorzenionej w tradycji polskiej wsi. Zielony kolor, koniczynka, ludowe symbole, swojskość i polityczny pragmatyzm.
Tyle że krytycy PSL od dawna widzą w tej partii politycznego spadkobiercę dawnego ZSL – Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, które w czasach PRL pełniło rolę satelickiego partnera komunistycznej PZPR.
Można oczywiście zmienić szyld, logo, garnitury i język politycznych deklaracji. Można nawet przemalować całą elewację.
Ale polityczne przyzwyczajenia bywają trwalsze niż partyjne barwy.
PSL przypomina arbuza: z wierzchu zielone, w środku czerwone.
Ilekroć przychodzi do wyboru między własną polityczną niezależnością a utrzymaniem miejsca przy władzy, pojawia się pytanie, czy ta zielona koniczynka rzeczywiście oznacza samodzielność, czy tylko dobrze dobrany kamuflaż.
Kosiniak-Kamysz chciałby uchodzić za samodzielnego lidera, ale coraz częściej wygląda jak polityczny brat-łata, który musi najpierw sprawdzić, co na jego pomysł powie Donald Tusk.
Najpierw Trybunał, potem Konstytucja?
W całej tej historii najpoważniejszy jest jednak nie sam pomysł zmiany Konstytucji. Można przecież dyskutować o reformie Trybunału, jego składzie, procedurach i autorytecie. To normalny element debaty ustrojowej.
Problem zaczyna się wtedy, gdy naprawianie instytucji państwa ma polegać na kwestionowaniu zasad, które tę instytucję chronią.
Wokół Trybunału Konstytucyjnego mamy dziś spór o legalność działań, kompetencje organów państwa i granice politycznej ingerencji w niezależność sądownictwa konstytucyjnego. Krytycy obecnej strategii rządzących mówią wręcz o zamachu na porządek konstytucyjny i próbie przejęcia TK przez osoby, których status budzi poważne zastrzeżenia.
I właśnie w takim momencie pojawia się pomysł kolejnej wielkiej reformy.
Tylko że Konstytucja nie jest plasteliną, którą można dowolnie ugniatać pod aktualne potrzeby koalicji. Nie jest też instrukcją obsługi większości parlamentarnej, którą można przepisać po każdej politycznej porażce.
Demokracja nie polega na tym, że większość ma zawsze rację. Polega na tym, że nawet większość musi przestrzegać prawa.
A jeżeli ktoś uważa, że cel uświęca środki, to powinien pamiętać, że jutro te same środki mogą zostać wykorzystane przeciwko niemu.
Panie Władku, proszę się nie przemęczać!
Na koniec mam więc serdeczną radę dla prezesa PSL.
Panie Władysławie, proszę nie tracić zdrowia na poszukiwanie 307 głosów. Niech Pan nie negocjuje z PiS, nie przekonuje niezdecydowanych, nie organizuje politycznych szczytów i nie pisze kolejnych listów o zgodzie narodowej.
Od tego jest przecież marszałek Czarzasty!
Pan pozostanie bratem-łatą, Donald Tusk będzie premierem, a Mr Włodek zajmie się liczeniem.
Tylko jedno ostrzeżenie: Konstytucja nie jest arbuzem. Nie wystarczy jej rozkroić, żeby wybrać sobie tylko tę część, która akurat pasuje do politycznego menu.
Bo kiedy władza zaczyna traktować prawo jak przeszkodę do usunięcia, a instytucje państwa jak łupy do podziału, to nie mamy już do czynienia z naprawianiem demokracji.
Mamy demokrację na zamówienie.
I to w wersji: większość jest taka, jaką sobie policzymy.
Panie Władku, po co się męczyć? Mr Włodek Pana wyręczy!
#PSL #KosiniakKamysz #Czarzasty #DonaldTusk #TrybunałKonstytucyjny #Konstytucja #WolnośćSłowa #Praworządność #Polityka #Demokracja #ZSL #ArbuzowaKoalicja
Zostaw komentarz