W poszukiwaniu nowej normalności (odc. 10).

Z kronikarskiego obowiązku, w ciągu ostatniego tygodnia średnia dobowa liczba zdiagnozowanych przypadków wzrosła z 16 073 na 21 847 (wzrost o 36%, w poprzednich tygodniach odpowiednio o 60%, 70% i 100%). Podobnie jak przed tygodniem nie napiszę nic o wypłaszczaniu krzywej, bo jednocześnie średni odsetek testów pozytywnych wzrósł z 26,2% do 34,8%, więc te dane mogą mówić wszystko i nic. Choć gwoli ścisłości prawdopodobnie za część tego wzrostu odpowiada wliczanie pozytywnych wyników testów prywatnych (przy jednoczesnym braku wciągnięcia ogólnej liczby testów prywatnych do mianownika). Z drugiej strony od miesiąca cały kraj jest w żółtej strefie, a od kilkunastu dni większość uczniów siedzi w domach (oficjalnie), więc to tempo musiało choć trochę spaść. Nie wypowiadam się o wpływie ulicznych protestów. Na pewno jakiś wpływ na przyrost zachorowań miały, ale przy obecnym modelu śledzenia i testowania (a raczej jego braku, o czym za chwilę), żaden model nie jest w stanie tego liczbowo pokazać (zaraziło się tyle a tyle osób, etc.). Stąd rozumiem irytację kolegów z ICM UW, którymi podczas konferencji prasowej „podpierał się” premier Morawiecki.

Idźmy dalej. Zgony. Średnia dobowa liczba zgonów wzrosła ze 168 do 276 osób (wzrost o 63%, ostatnio odpowiednio 60%, 35% i 50%). Jednocześnie odsetek zgonów z ostatniego tygodnia do oficjalnie zdiagnozowanych sprzed 14-21 dni waha się w przedziale 2,6-2,8%. Jeśli się utrzyma, średnia dobowa liczba zgonów za tydzień wyniesie 434 osoby, a za dwa tygodnie 590 osób, przy założeniu, że oficjalna śmiertelność nie zacznie rosnąć. To zaś oznacza, że w przyszłą środę/czwartek/piątek, kiedy raportowana jest największa liczba zgonów w tygodniu, możemy się spodziewać ok. 600-700 zgonów dziennie.

Oczywiście oficjalnie. Wiemy już, że nieoficjalna liczba jest dużo wyższa. W ciągu czterech tygodni października w latach 2010-2019 średnia liczba zgonów wyniosła 30 233. W tym roku liczba ta osiągnęła poziom 43 776 (wzrost o prawie 45%). Nawet przy założeniu naturalnego wzrostu o 5% (pisałem o tym przed tygodniem), pozostaje wciąż 40%, czyli 12 tys. zgonów więcej. 12 000. W tym czasie oficjalnie na COVID-19 zmarły 3154 osoby. Pozostałe 9 tys. to z pewnością nie tylko ofiary koronawirusa, ale też trwających od marca ograniczeń w dostępie do służby zdrowia. Można jednak przekornie stwierdzić, że to także są ofiary COVID-19, tyle że pośrednie. W szóstym odcinku (9 października) pisałem:

„To zaś oznacza, że o ile ta prognoza jest prawdziwa, w samym tylko październiku na COVID-19 w Polsce umrze ok. 10 tys. ludzi.”. Może się okazać, że choć sam w to później zwątpiłem, ta prognoza mogła nie być daleka od prawdy.

Mając tak skąpe dane nie potrafię przewidzieć, ile ponadprzeciętnych zgonów przyniesie listopad. Jeśli przyjąć wcześniejsze założenia o przeciętnej, oficjalnej dobowej liczbie zgonów na COVID-19, pod koniec tego miesiąca możemy mieć 14 000 osób. Gdyby trend z października się utrzymał, a relacja między oficjalnymi danymi MZ a zbiorczymi danymi z USC utrzymała się na poziomie 1:4, w samym tylko listopadzie mielibyśmy 56 tys. ponadprzeciętnych zgonów. To tak, jakby w miesiąc wyparowało jedno średnie miasto wielkości Zgierza, Będzina albo Świdnicy. To jednocześnie oznacza, że tygodniowa liczba zgonów wzrosłaby z ok. 8 tys. do jakichś 20-22 tys., czyli o jakieś 150%.

Czy taki szacunek jest w ogóle wiarygodny? W szczytowym momencie epidemii w marcu w Lombardii tygodniowa liczba zgonów przekraczała przeciętną o 100%. Trzeba jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, potencjał służby zdrowia w Lombardii jest na dużo wyższym poziomie. A jak wyliczył Ignacy Morawski, wskaźnik liczby pacjentów na jednego lekarza w Polsce już jakiś tydzień temu przekroczył marcowy szczyt z Lombardii. Po drugie, przyrost liczby osób hospitalizowanych jest wolniejszy niż przyrost nowych przypadków. Na początku października udział osób hospitalizowanych w ogólnej liczbie aktywnych przypadków wynosił ponad 13%. Dziś po raz pierwszy spadł poniżej 7%.

Oczywiście może być tak, że mamy do czynienia z łagodniejszym przebiegiem choroby u większości osób. Jeśli jednak zestawimy tę liczbę z komunikatami płynącymi ze szpitali, można chyba spokojnie zaryzykować tezę, że potencjał polskiej służby zdrowia doszedł do ściany, a oficjalne dane o tym, że wykorzystujemy 70% dostępnych łóżek, nie ma pokrycia w rzeczywistości. To zaś może oznaczać, że nawet uruchomienie szpitali polowych przy aktualnym tempie przyrostu nowych zakażeń tej sytuacji radykalnie nie poprawi.

Podsumowując, te 50 tys. dodatkowych zgonów w samym listopadzie jawi mi się jako możliwy scenariusz. Podejrzewam, że za 2-3 tygodnie tempo rozwoju epidemii zacznie słabnąć, zarówno za sprawą wprowadzonych restrykcji i narastającego strachu, ale także faktu, że przy założeniu wychwytywania co dziewiątego przypadku, pod koniec listopada czasową odporność złapie jakieś 35-40% populacji, przeważnie reprezentującej tę bardziej mobilną część społeczeństwa. W efekcie w grudniu będzie znaczny mniejszy potencjał osób zdolnych i do zarażania, i do bycia zarażonym. Jednak do tego czasu powinniśmy liczyć się z dramatycznymi obrazkami i historiami, przy których październikowe protesty wydadzą się mało znaczącymi didaskaliami (zaznaczam, że mam na myśli to, co dzieje/działo się na ulicach, bo w ludzkich umysłach rewolucja będzie trwać).

W tym miejscu muszę sobie pozwolić na jedną uwagę. W świetle powyższych prognoz, jak również faktu, że jesteśmy w światowej czołówce, jeśli chodzi o liczbę nowych przypadków na milion mieszkańców, piątkowa (06.11.2020 r.) konferencja premiera Mateusza Morawieckiego jawi mi się jako coś par excellence kosmicznego. Nie mam pojęcia, czemu ma służyć chwalenie się, że jesteśmy świetnie przygotowani, i jednocześnie mamy słabsze restrykcje niż inne państwa europejskie. Nawet jeśli nie dziś, to za kilka dni każdy przeciętny Kowalski zobaczy, że te deklaracja nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości.

Rozumiem kanclerz Merkel, która zapowiada Niemcom, że czekają ich cztery bardzo trudne miesiące. Szanuję premiera Czech Andreja Babisa, który przeprosił swoich obywateli, że nie ogarnęli się wystarczająco na drugą falę. Ale dzisiejsze słowa polskiego premiera wykraczają poza mój horyzont wyobraźni – to nawet nie ma sensu z perspektywy propagandy, bo ta musi być choć w minimalnym stopniu wiarygodna. Obiecałem, że nie będę kompleksowo oceniać działań rządu przed końcem drugiej fali, bo przyjdzie na to czas. Ale powoli tracę kontakt z bazą. Albo oni go tracą. Tertium non datur.

No dobrze, ale na razie chciałbym wrócić do poruszonego wyżej wątku restrykcji i rozwiać pewien mit, który zagościł w polskiej debacie publicznej. Otóż jako alternatywny wobec polskiego (i szerzej – kontynentalnego) modelu zarządzania epidemią wskazuje się model szwedzki – kiedy my wprowadzamy lockdown, oni się nie zamykają. Efekt zdrowotny podobny, a gospodarczy lepszy dla Skandynawów. Nie jest to prawda. Szwecja doświadcza lockdownu, tylko że nie jest on wprowadzany administracyjnie/odgórnie, ale za pomocą rekomendacji/oddolnie. Po prostu szwedzkie społeczeństwo jest na tyle zdyscyplinowane, że nie potrzebuje twardych rozporządzeń, których nota bene w Polsce i tak nie zawsze przestrzegamy. Skoro zaś doświadcza lockdownu, to i podobnie jak inne kraje europejskie cierpi gospodarczo. Zresztą jak pokazują badania historyków gospodarczych, optymalność modelu radzenia sobie z epidemią nie wynika z charakteru wprowadzanych restrykcji (odgórnie czy oddolnie), co raczej z wybrania właściwego momentu dla ich wprowadzenia.

Szybki lockdown daje szanse na jego krótkie trwanie i obniża długofalowe skutki społeczne oraz gospodarcze. Zwlekanie sprawia, że prędzej czy później i tak musimy go wprowadzić, ale wtedy już na dłużej, i odpowiednio długofalowe skutki społeczno-gospodarcze są poważniejsze.

Pewnie wielu czytelników się z tym nie zgodzi – w ich opinii nie powinniśmy pewnie zarzynać gospodarki lockdownem. W moim odczuciu nie mamy jednak alternatywy. Wyobraźmy sobie, że od 10 października nie wprowadzamy restrykcji. Wtedy kumulacja liczby chorych rozwala służbę zdrowia już pod koniec października, a zgony rosną w tysiącach. Nie wiem, czy to jest „akceptowalny” trade-off. Dla mnie nie. Tym bardziej, że w gruncie rzeczy to nie jest żaden trade-off. Doświadczenie śmierci lub trwałego uszczerbku na zdrowiu kilkuset tysięcy ludzi musi pozostawić ślad w umysłach reszty, w tym przedsiębiorców, którzy będą zdecydowanie mniej skłonni do inwestycji, czy też konsumentów, którzy z większą ostrożnością będą podchodzić do konsumpcji. Nawet przy braku lockdownu społeczny strach może skutecznie uderzyć w gospodarkę, a zwłaszcza w jej kluczową z perspektywy dzisiejszego świata część, czyli usługi.

No dobrze, tak po prawdzie z tym brakiem alternatywnego modelu to jednak nieco skłamałem. Otóż alternatywa istnieje. Nie jest nią jednak Szwecja, ale Azja Południowo-Wschodnia. Tam zamiast lockdownów mamy system wszechobecnej, rządowej inwigilacji obywateli. W rezultacie żartobliwie mówiąc państwo wyłącza nas ze społeczeństwa zanim sami zauważymy u siebie pierwsze objawy. Sęk w tym, że w Europie nikt się nie zgodzi na taki model. Brak zgody na permanentną inwigilację jest jednak równoznaczny z koniecznością wprowadzania okresowych lockdownów. Tu naprawdę nie ma wielkiej filozofii.

Właśnie, filozofii. Dziś mały jubileusz, dziesiąty odcinek. Z tego powodu chciałbym podzielić się jedną dodatkową meta-refleksją. Co prawda jesteśmy przed szczytem pandemii, która zbierze spore tragiczne żniwo, ale to jest moment, kiedy analitycy powinni zacząć myśleć o tym, co dalej. Odpowiedź na to pytanie w jakiejś mierze leży w przeszłości. Ostatnia wielka pandemia miała miejsce pod koniec I wojny światowej i tuż po niej. Hiszpanka spowodowała globalnie śmierć kilkudziesięciu milionów ludzi, o wiele więcej niż ofiar Wielkiej Wojny. Ale pomników ku czci ofiar pandemii w Europie nie znajdziecie, w przeciwieństwo do monumentów przypominających tragedię wojny. Epidemia to coś, co się wypiera z pamięci, bo nie ma w niej spektakularnych zwycięstw i epickich porażek. Zostają tylko jej skutki – do dziś część historyków uważa, że Hiszpanka była jedną z przyczyn wybuchu II wojny światowej.

Dlaczego o tym pisze? Pamiętacie wakacje? Ludzie zapomnieli o wiosennej fali zachorowań, pamiętali jedynie o lockdownie i jego negatywnych skutkach. Za kilkanaście miesięcy, kiedy koronawirus zostanie przynajmniej na jakiś czas ujarzmiony, społeczeństwa zaczną jeszcze mocniej niż dziś zadawać pytania – czy warto było tak wszystko zamykać? Czy naprawdę musimy kilka lat później ponosić skutki nadgorliwych działań rządów? Nikt nie będzie pamiętał emocji strachu i bezradności, które towarzyszyły nam wiosną i które coraz mocniej zaczynają towarzyszyć nam jesienią. Nie negując problemów krótkookresowych, związanych choćby z utratą dochodów przez licznych przedstawicieli różnych grup zawodowych, nie powinniśmy jednak całkiem zapominać o wyzwaniach długiego okresu, tym bardziej, że jest między nimi bardzo silny związek.

Co to oznacza w praktyce? Jeśli nie zbudujemy już dziś spójnej i atrakcyjnej opowieści o solidarności, w imię której rządy były gotowe poświęcić PKB dla ratowania najstarszych członków naszej wspólnoty, za kilka lat możemy spodziewać się ogromnego ruchu kontestującego nie tylko aktualne decyzje władz, ale w ogóle wartości, na których zasadzają się nasze społeczeństwa. Przy nich dzisiejsze ruchy antycovidowe to malutkie pikiety.

To oczywiście wątek na długą i poważną dyskusję, ja jedynie zarysowałem problem, przed którym prędzej czy później staniemy. Pewnie będę do niego wracać, bo kwestie społecznej pamięci jako katalizatora procesów rozwojowych wydają mi się szalenie istotne.

Tyle na dziś (a właściwie wczoraj, bo od 10 minut już sobota). Jak zawsze mam nadzieję, że prognozy się nie sprawdzą, i za tydzień będziemy w lepszych nastrojach. Jeszcze nie powinno być śniegu i ciężkiego mrozu. To też coś. Dobranoc!

Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.