W poszukiwaniu nowej normalności (odc. 6) czyli wpis Marcina Kędzierskiego!
Z kronikarskiego obowiązku, od ostatniego wpisu (piątek 25 września) liczba aktywnych przypadków wzrosła z 15 264 na 35 544. Podwojenie stanu sprzed dwóch tygodni zajęło nieco ponad 12 dni. Przeciętna dobowa liczba nowych przypadków w okresie ostatnich 14 dni wzrosła z 810 do 2281, a liczba zgonów – z niecałych 16 na prawie 38. Liczba osób hospitalizowanych w analizowanym okresie wzrosła z 2134 do 4407 – teoretycznie oznacza to, że mamy obłożenie na poziomie ok. 50%, choć w tym tempie miejsc w szpitalach teoretycznie zacznie brakować za tydzień.
Teoretycznie, bo wiadomo już, że są miejsca, gdzie łóżek już brakuje. Podobnie rzecz ma się z liczbą zajętych respiratorów – od 25 września wzrosła ze 110 na 320. Tu ciężko wskazać punkt odniesienia – podobno jest ich 850, ale w pierwszym rzucie jesteśmy w stanie obsłużyć 400. Czyli mamy trzy dni na doszkolenie personelu.
Tak jak zapowiadałem przed dwoma tygodniami, czas nie jest łatwy, ale kolega Adrian Burda zachęcił mnie, żeby coś jednak napisać. 25 września pisałem, że albo uznamy, że COVID-19 nie jest zagrożeniem dla zdrowia publicznego i (czego nie napisałem wówczas wprost) idziemy strategią szwedzką, albo uznajemy, że jest, i wtedy nie ma co czekać z kolejnym lockdownem i bawić się w półśrodki. Wtedy nie udzieliłem definitywnej odpowiedzi, ale dziś bliższy jestem tej drugiej. Wiem, że łatwo być Kasandrą, ale moim zdaniem jesteśmy już na „włoskiej” ścieżce i spóźniliśmy się co najmniej tydzień z wprowadzeniem „młota” (swoją drogą myślę, że koncepcja „młota i tańca” bardzo szybko powróci na salony).
Dlaczego? Dane z dziś de facto obrazują stan epidemii z 30 września. Szacuje się, że wykrywamy ok. 10% realnych zachorowań. Załóżmy optymistycznie, że nawet 20%, bo w ostatnich dniach skoczyła liczba testów. To oznacza, że 30 września wirusem SARS-Cov-2 zaraziło się ok. 20 tys. ludzi. Z tego można wyciągnąć trzy wnioski.
Po pierwsze ‒ jeśli podwajamy liczbę przypadków w ok. 12 dni, to tylko dziś wirusem zaraziło się ok. 35 tys. osób.
Po drugie, hospitalizacja potrzebna jest po ok. 10 dobie od zakażenia – jeśli 30 września zaraziło się te 20 tys. ludzi, a hospitalizacji wymaga ok. 5% pacjentów, to jutro powinniśmy obserwować przyrost hospitalizowanych rzędu 500 osób. Zważywszy, że w pierwszej dekadzie października nie mieliśmy nowych restrykcji, liczba ta będzie rosła. To z kolei oznacza, że za mniej więcej tydzień zabraknie miejsc w szpitalach.
Po trzecie wreszcie, śmiertelność wirusa przy stabilnej służbie zdrowia to ok. 1% (wiem, że są różne szacunki, ale ten wydaje mi się wiarygodny). Jeśli „umiera się” ok. 20 dni od zakażenia, to 20 października dzienna liczba zgonów wzrosłaby do ok. 200 osób. Musimy jednak pamiętać, że zgodnie z punktem drugim po 15 października zacznie nam się wysypywać służba zdrowia, a wtedy śmiertelność rośnie do 3-4%. To zaś oznacza, że tego 20 października dobowa liczba zgonów może osiągnąć 500 (realnie pewnie będzie wyższa, bo część ludzi umrze w domach i nie będzie zaklasyfikowana). Przyjmując z kolei założenie o 35 tys. nowych zarażeń dziś (które wykryjemy za ponad tydzień), to pod koniec października dobowa liczba zgonów osiągnie 1000. To zaś oznacza, że o ile ta prognoza jest prawdziwa, w samym tylko październiku na COVID-19 w Polsce umrze ok. 10 tys. ludzi.
Przypominam, że na powyższe szacunki nie mamy już żadnego wpływu, bo dotyczą osób, które są już nosicielami wirusa – możemy zahamowywać jedynie przyszłe zakażenia. Myślę jednak, że mój pesymizm nie jest kompletnie pozbawiony podstaw. Minister zdrowia Andrzej Niedzielski na antenie jednej ze stacji telewizyjnych powiedział, że tempo rozwoju epidemii ich zaskoczyło i wymknęło się spod kontroli. W podobnych słowach wypowiedział się jeden z analityków z ICM UW (link w komentarzu) – nie doceniliśmy skali transmisji w szkołach. W rezultacie nie mamy ognisk, tylko rozproszone zakażenia, które trudno odseparować. Precyzyjniej mówiąc, mamy ogniska w szkołach, ale trudno szybko zlokalizować, że źródłem zakażenia 61-letniego Adama ze Skawiny i 38-letniej Beaty z Proszowic jest nie zakład pracy czy parafia, ale liceum, do którego uczęszczają odpowiednio ich wnuczka i syn.
Co z tego wynika? Jeśli realnie chcemy zahamować tempo rozwoju epidemii i sprawić, by kompletna zapaść służby zdrowia nie trwała dłużej niż tydzień, musimy zamknąć szkoły i przedszkola już, od najbliższego poniedziałku. Co najmniej w żółtych i czerwonych powiatach, ale prawdę mówiąc ten podział z każdym dniem coraz bardziej traci sens, na co zresztą wskazywałem w ostatnim wpisie. To zaś oznacza de facto lockdown, bo ktoś z tymi dziećmi musi zostać, niezależnie od tego, jak rządzący będą zaklinać rzeczywistość na konferencjach prasowych (z tego względu trzeba to ogłosić jutro, żeby ludzie mieli przynajmniej jeden dzień na zorganizowanie się – tu też trzeba zadeklarować zasiłki opiekuńcze, na takich zasadach jak wiosną). Maseczki na świeżym powietrzu nie zatrzymają transmisji wirusa w placówkach opiekuńczo-dydaktycznych. Nawet zakaz organizacji wesel wiele nie pomoże, choć oczywiście wprowadzenie vacatio legis jest bardzo kontrowersyjne, ale i zrozumiałe – odwołanie komuś wesela na dzień przed to polityczne samobójstwo.
I jeszcze jedno – jeśli gdzieś szukać „polskiej Lombardii”, patrzcie na Małopolskę. Duża gęstość zaludnienia, silne więzi rodzinne, relatywnie wysoki odsetek domów wielopokoleniowych. No i kompletnie nieprzygotowana służba zdrowia – za sprawą złej decyzji byłego wojewody, którą opisywałem w jednym z poprzednich odcinków, poza Szpitalem Uniwersyteckim żadna inna placówka w Małopolsce nie ma realnych doświadczeń walki z COVID-19. Obawiam się, że już na początku przyszłego tygodnia w Krakowie i okolicach zaczną się dramaty.
Chcę się mylić. Łatwo będzie to zweryfikować – liczby pokażą, czy prognozy były prawidłowe, czy nie. Chętnie poczytam w komentarzach o błędach w rozumowaniu. Zanim mnie jednak ktoś przekona, że gdzieś popełniłem istotny błąd, będę apelował o zamknięcie szkół.
A wierzącym polecam odśpiewanie suplikacji (ja już z dziećmi to przed chwilą zrobiłem). Trzymajcie się zdrowo!
Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.
Zostaw komentarz