Część druga felietonu „Pył z pilotem w ręku”

Ciekawe, co zobaczyliby pozaziemscy wędrowcy, gdyby zauważyli naszą małą planetę?

Ich przybycie mogłoby być największą kolizją w dziejach ludzkości. Większą niż wojny, migracje, rewolucje i wszystkie pomyłki filozofów razem wzięte. Mogłoby też nie znaczyć nic. Przelot. Błysk. Krótki odczyt instrumentów. Notatka w obcym systemie nawigacyjnym: obiekt mały, wilgotny, miejscami świecący, zalecana ostrożność. Z daleka nie zobaczyliby ludzi.

Po stronie oświetlonej Słońcem dostrzegliby szare narośla na brzegach kontynentów, przy ujściach rzek, nad zatokami i wzdłuż wielkich arterii wodnych. Po stronie pogrążonej w ciemności zobaczyliby w tych samych miejscach fosforyzujące plamy. Miasta. Porty. Drogi. Sieci. Nerwowy układ cywilizacji. Nie zobaczyliby człowieka. Zobaczyliby jego ślady.

Blizny ambicji. Światło lęku przed ciemnością. Betonowe naloty na skórze planety. Dopiero po chwili mogliby się domyślić, że pod tymi szarymi wykwitami żyją istoty, które nazwały siebie rozumnymi. Z daleka wyglądałyby raczej jak proces geologiczny z dostępem do elektryczności.

Może byliby potomkami dawnych „bogów”, których Erich von Däniken rozpoznawał po śladach pozostawionych przed tysiącami lat na powierzchni Ziemi. Może przybyliby nie do nas, lecz po własną przeszłość. Po resztki dawnej wyprawy, pył przodków. Po dowód, że ktoś już tu był, coś zostawił i odleciał – być może również z ulgą.

Ale mogli być kimś zupełnie innym.

Nie bogami. Nie wysłannikami galaktycznej mądrości. Nie triumfatorami. Mogli być uciekinierami. Błędnymi traperami kosmosu. Resztką ludu, którego świat rozpadł się pod siłą obcych agresorów. Wędrowcami bez portu, bez domu i bez pewności, czy następny układ gwiezdny nie okaże się ostatnim. Wtedy Ziemia nie byłaby ciekawostką. Byłaby szansą.

Nie na objawienie. Na przetrwanie, kilka oddechów więcej w galaktyce, która — jak każda większa przestrzeń — zapewne także ma swoje imperia, pogranicza, wojny i odpady po wielkich planach. A nigdy nie wiadomo, czy nie byliby po prostu takimi naukowcami jak ci z czeskiej komedii „Serdeczne pozdrowienia z kosmosu”. Pechowo albo szczęśliwie wylądowaliby w pobliżu składowiska śmieci. Zbadali próbki. Sporządzili raport. I uznali to miejsce za najpełniejszy dowód istnienia ludzkości.

Trudno byłoby im odmówić pewnej racji.

Bo człowiek ma w sobie dziwną sprzeczność. Pragnie sensu, piękna, trwałości, miłości, czystego powietrza i widoku gwiazd. A równocześnie produkuje nieustannie rzeczy, których po chwili już nie chce. Kupuje, zużywa, nudzi się, wymienia, pakuje do worka i wystawia przed dom z cichą nadzieją, że skoro ktoś to wywiezie za pieniądze dokładnie opisane w podatkach, rzecz przestanie istnieć.

Otóż nie przestaje. Zmienia tylko adres. Z salonu trafia do kontenera. Z kontenera do sortowni. Stamtąd dalej — do gleby, wody, powietrza i pamięci planety. Kanapa, telefon, plastikowa zabawka, bateria, ekran, przewód, opakowanie po obietnicy szczęścia — wszystko to zostaje. Nie jako centrum dramatu. Raczej jako przypis do ludzkiej wiary w znikanie.

Była to cywilizacja głęboko metafizyczna — mogliby zapisać kosmiczni archeolodzy. Wierzyła, że rzeczy wyrzucone przestają istnieć. Niestety, jej wiara była błędna.

Jeszcze groźniejsze od przedmiotów bywają jednak idee wyrzucone na śmietnik historii.

Człowiek pozbywa się ich z wielkim wysiłkiem, po czym następne pokolenie odnajduje je z entuzjazmem odkrywców. Odkurza. Wygładza. Nadaje im nową nazwę, nowy kolor i nowe opakowanie. A potem znów radośnie dusi się ich wyziewami, przekonane, że wdycha ambrozję.

To szczególny talent człowieka. Potrafi zatruć rzekę i nazwać to rozwojem. Zatruć język i nazwać to wyzwoleniem. Zatruć pamięć i nazwać to nowym początkiem. Wygnany z raju nie tyle tęskni za ogrodem, ile metodycznie urządza sobie wysypisko z widokiem na niebo. Tylko że niebo też coraz trudniej zobaczyć.

Gdyby Kant urodził się dzisiaj w wielkim mieście — a może nawet tylko w swoim dawnym Królewcu — zapewne nie napisałby już z taką pewnością:

Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie.

Nieba by po prostu nie zobaczył. Chyba że udałoby mu się opuścić miasto za jakąś cichą przepustką i gdzieś, w pobliżu dawnego PGR-u, odnaleźć resztkę gwiazd niezasłoniętych jeszcze miejską łuną.

Co zaś do prawa moralnego, byłby — jak i wówczas — skazany na odosobnienie. Tyle że dziś jeszcze głębsze. W świecie, który każdą samotną myśl podejrzewa o dziwactwo, a każde wewnętrzne prawo o brak elastyczności, człowiek taki mógłby nie trafić do historii filozofii. Mógłby trafić do ośrodka dla zagubionych. Tam wyjaśniano by mu cierpliwie, że niebo gwiaździste jest niepraktyczne. Prawo moralne zbyt wymagające. A normalność polega na tym, by nie patrzeć ani za wysoko, ani zbyt głęboko.

Pył i kurz naszych iluzji mają bowiem osobliwą właściwość. Osiadają wszędzie. Na rzeczach. Na języku. Na pamięci. Na instytucjach. Na sumieniach. Z czasem zaczynają nawet bronić się przed usunięciem. Udają patynę mądrości, choć są tylko osadem po dawnych złudzeniach. I dlatego być może nikt z daleka Ziemi nie dostrzeże.

Albo będzie przelatywał tak szybko, że jego instrumenty potraktują naszą planetę jak odbicie słonecznej aury na przypadkowym meteoroidzie. Albo po prostu tutaj nie dotrze, bo systemy wczesnego ostrzegania podpowiedzą mu zawczasu, że do tego obiektu lepiej się nie zbliżać.

Nie z powodu braku życia. Przeciwnie. Z powodu jego nadmiaru, który nie nauczył się jeszcze odróżniać światła od łuny, rozumu od hałasu, a cywilizacji od dobrze oświetlonego bałaganu. I tak Ziemia zostanie być może ocalona.

Pytanie tylko, czy zda sobie z tego sprawę.

Dinozaury zapewne widziały niejeden obiekt przelatujący niebezpiecznie blisko Ziemi. Ale czy rozumiały, że taki przelot może mieć dla ich życia znaczenie fundamentalne? Raczej nie. Może nawet go nie zauważyły. Miały swoje sprawy. Jadły. Trawiły. Spały. Polowały. Uciekały. Były bardzo zajęte byciem dinozaurami.

A czy my tak bardzo się od nich różnimy? Tak. Jesteśmy mniejsi. I wiemy, że dinozaury istniały. To dużo, choć nie aż tyle, by popadać w pychę. O przeszłości wiemy trochę. O przyszłości — mniej więcej tyle, ile, jak mówią tubylcy z przecen w supermarketach, da się jeszcze wytargować. Trochę nadziei. Trochę złudzeń. Może jedną katastrofę w promocyjnej cenie.

Dinozaury nie zostawiły po sobie manifestów, talk-show, paneli eksperckich ani programów naprawy świata. Zostawiły kości, czaszki, ślady łap i wielką ciszę po gatunkach, które były potężne, ale nie musiały codziennie ogłaszać swojej wyjątkowości.

Człowiek zostawi więcej.

Szkło po ekranach. Betonowe skorupy miast. Zardzewiałe anteny. Opakowania po szczęściu. I całe archiwa słów, w których nieustannie tłumaczył, że wszystko robił dla dobra przyszłości. Być może przyszłość przeczyta to z zakłopotaniem. A może nie przeczyta wcale. Może spojrzy tylko na warstwę naszych śladów i uzna, że był tu kiedyś gatunek bardzo pracowity. Produkował dużo. Pragnął jeszcze więcej. Rozumiał mniej, niż deklarował. Za to świecił nocą bardzo ambitnie.

I może właśnie wtedy ktoś daleko stąd powie:

Dinozaury też ludzie. A przeżyły dłużej.

Nie dlatego, że były mądrzejsze. Nie dlatego, że znały Kanta, Kopernika, Herberta albo dowcip o bacy.

Przeżyły dłużej, bo nie miały tylu narzędzi do przyspieszania własnych błędów.

To powinna być dla nas wiadomość pouczająca. Może nawet pocieszająca. Gdybyśmy jeszcze potrafili się uczyć bez wcześniejszego powołania komisji, kampanii informacyjnej i kolejnego systemu naprawy wszystkiego.

Może jednak nie wszystko stracone. Może jeszcze można usiąść. Spojrzeć w górę, jeśli widać choć jedną gwiazdę. Spojrzeć w dół, jeśli pod nogami nie leży akurat opakowanie po kolejnym cudzie. Pomyśleć przez chwilę bez ekranu. Bez łuny. Bez przetargu na przyszłość.

A jeśli czasu nie ma — przynajmniej usiąść. I niczego więcej nie wyrzucać. Ani do rzeki. Ani do języka. Ani do historii.

To już byłoby więcej, niż niejeden gatunek potrafił zrobić przed zniknięciem.

Tomasz Trzciński

Post scriptum:

Sokrates powtarzał za Delfami:

Poznaj samego siebie.

Macie Państwo w domu lustro? Czy już je wyrzuciliście?