Występuje w różnych okolicznościach, ale jej istota jest taka sama. Można być samotnym w tłumie, w rodzinie, we wspólnocie, w nieautentycznej relacji z kimś. Można tez nie być samotnym żyjąc na odludziu, samemu ze sobą. Samotność jest doświadczeniem egzystencjalnym, rodzajem drzazgi wbitej w duszę, nieradzeniem sobie z własnymi i obcymi uczuciami. Samotność wyostrza zmysły po to, by to co przychodzi z zewnątrz bardziej bolało. Sąsiaduje z poczuciem pustki, opuszczenia, z bezkresnym polem, na którym rośnie kukurydza i słoneczniki. W tle gra węgierskie Radio Kossuth dedykowane przyszłym samobójcom. Samotność może być bezobjawowa. Ludzie samotni czasem na zewnątrz nie wydają się być samotni. Są zabawni, na pozór szczęśliwi, spełnieni. Samotności się nie leczy w NFZ, nawet najlepsi psychiatrzy omijają ją szerokim łukiem. A ci, co ją leczą, tylko udają, że się na niej znają. Samotność pachnie wyidealizowaną przeszłością, wspomnieniami chwil, w których byliśmy szczęśliwi, malowanymi plakatową farbą obrazami ludzi, których już z nami nie ma. Czarno-białymi zdjęciami z dawnych czasów i pamiątkami po tych, z którymi coś nas łączyło.
Samotność dopada mnie głównie w dwóch sytuacjach. Po pierwsze wtedy, gdy kończę zajęcia na studiach niestacjonarnych ok. 19:00, gdy już wracam do pokoju profesorskiego sam lub spotykam w nim jedną lub dwie osoby, o których wiem, że za kilkanaście minut znajdą się w swoich domach, w których będą się mieli do kogo odezwać. Ja zaś przed sobą mam wycieczkę do domu, która potrwa co najmniej 6 godzin, w trakcie której do nikogo się nie odezwę, a po powrocie również. Po drugie wtedy, gdy wracam z dziećmi z wakacji. Intensywnie spędzony z nimi tydzień, 24h na dobę, nagle przechodzi w tryb krótkich spotkań, niedługich dialogów. Nasze relacje nagle rozrzedzają się…
Nie piszę tego, żeby się żalić, bo tego nie lubię (tym bardziej nie oczekuję współczucia), ale aby zrozumieć siebie. Nic nie dzieje się w życiu bez przyczyny, i tę staram się zrozumieć. Zakładam, że samotność może być – jakkolwiek by to nie zabrzmiało dziwnie – darem i błogosławieństwem, aby po jej doświadczeniu inaczej spojrzeć na świat i na ludzi, na każdego z osobna, nie na tłum czy grupę. Samotność z pewnością oducza udawania nie-siebie, prędzej czy później stajesz się takim jakim jesteś, ze wszystkimi zaletami i wadami.
Samotność najlepiej znosi się na Węgrzech, w linii prostej między Mosonmagyaróvár a Hódmezővásárhely, najlepiej w jakichś termach ze rdzawą ciepłą wodą, w której pławią się wąsate i cycate węgierskie emerytowane sumy słodkowodne obojga płci. W tle niech leci Radio Kossuth nadające rzewne pieśni dla samobójców nie mogących się doczekać restauracji Wielkich Węgier. Myślę, że gdybym przeprowadził się do Kraju Pomniejszonego (portianońskiego) Turula, byłbym szczęśliwszym człowiekiem.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz