Mój ś.p. Tato bardzo lubił piwo. Dzięki temu jako kilkuletni dzieciak poznałem kilka interesujących miejsc w Cieszynie, z których wyróżniały się dwa lokale: Pod Strzechą i Pod Dębem.
W tym pierwszym bywałem bardzo często. Pamiętam, że przy wejściu i w ogródku było zawsze uwiązanych dużo psów. Służyły one do odprowadzania ich właścicieli pod właściwy adres. To były takie biologiczne GPSy umożliwiające dodarcie pod właściwy adres. Wciąż mam w uszach ten gwar baru na zakręcie ówczesnej ulicy 1 maja. I te sążniste, z grubego szkła kufle. Dla dzieci nie było tam zbyt wiele atrakcji, w związku z czem w pobliskim amfiteatrze często graliśmy w Wyścig Pokoju.
Dla niewtajemniczonych, a zwłaszcza współczesnej ucyfrowionej po czubek głowy młodzieży wyjaśniam. Wyścig Pokoju jako forma naśladownictwa legendarnego socjalistycznego współzawodnictwa kolarzy polegał na tym, że zbierało się kapsle po piwie, wkładało się do nich plastelinę i koniecznie na tę plastelinę wklejało się flagę państwa, które się aktualnie reprezentowało. W dobie przedinternetowej, przeddrukarkowej jedynym źródłem pozyskania takiej flagi były ówczesne atlasy geograficzne. Niejedna nauczycielka geografii wypluła wówczas płuca krzycząc na tych, którzy wycięli część flag ze szkolnych atlasów. Z perspektywy czasu uważam, ze było to najlepsze zastosowanie praktyczne tychże atlasów geograficznych. Ja najczęściej jeździłem w barwach NRD. Wschodni Niemcy, choć przez nas co do zasady pogardzani, mieli naprawdę dobrych kolarzy. Na jesieni graczy kolażowych można było poznać po jednym, po przetartym naskórki palca wskazującego, którym po asfalcie przesuwało się poszczególnych kolarzy.
Knajpa Pod Dębem była dla mnie baśniowym ogrodem. Położona na rogatkach Cieszyna, starodawna, pamiętająca czasy austriackie knajpa, była niezwykle rozległa a w swoim otoczeniu miała rybny staw. Tato często mnie tam zabierał, nierzadko na okoliczność zawodów wędkarskich. Tato był znakomitym wędkarzem. Wiele mnie w życiu nie nauczył, ale wędkowania, owszem. Za to jestem mu bardzo wdzięczny, choć obecnie do niczego mi się to nie przydaje. Ale potrafił we mnie zaszczepić pasję, która jest ponadwędkarska, bo z czasem nabyłem inne pasje, zwłaszcza podróżniczą, ale myślę, że to właśnie wtedy Tato dał mi to, co najważniejsze – impuls do zmiany samego siebie. Nigdy nie wiemy, co uruchomimy w drugim człowieku, jeśli naprawdę chcemy mu coś dać, czegoś nauczyć, do czegoś przekonać. Tato chciał mnie widzieć jako wędkarza, a ja stałem się podróżnikiem, ale wiem, że nie stałbym się nim, gdybym wcześniej nie był namawiany do łowienia ryb…
W knajpie Pod Dębem były swego czasu kręgle i winniczki. Pamiętam długi tunel i drewniane kręgle oraz dym z tanich papierosów unoszący się w kręgielni. Jako dzieci służyliśmy do ustawiania kręgli i od czasu do czasu dorośli pozwalali nam toczyć kule. Do tej pory mam w uszach ten hałas i te wrzaski. Przez długi czas ta kręgielnia Pod Dębem była dla mnie ikoną odchodzącego w niepamięć austriackiego świata, który był mi jakoś bliski, choć urodziłem się pół wieku po jego unicestwieniu.
W rozległym ogrodzie graniczącym z rybnikiem, było mnóstwo ślimaków winniczków. Gdy Tato karmił się pożywnym piwem, ja z siostrą zbieraliśmy ślimaki do papierowych torebek po ziemniakach. Pod koniec dnia przychodziliśmy do Taty i pokazywaliśmy mu nasze zbiory. Pewnego razu jeden nauczyciel ze szkoły rolniczej, kolega mojego Taty, powiedział nam, że za takie zbiory we Francji, dostalibyśmy tyle kasy, że starczyłoby dla siostry na domek z lalkami, a dla mnie na wymarzoną kolejkę elektryczną.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz