Dzieciństwo spędziłem w internacie Technikum Mechanicznego w Cieszynie. Był to okazały budynek z czasów austriackich na rogu Sienkiewicza i Stalmacha. Mój ś.p. Tato był tam kierownikiem i pewnie z tego powodu dużo ważnych osób przychodziło do niego z butelką czegoś mocniejszego. Tato miał biuro po prawej stronie od wejścia do dzisiejszego Liceum Ewangelickiego. Na biurku miał kilka pieczątek z drewnianymi czerwonymi uchwytami. Jak zapragnąłem być kimś ważnym, skradałem się do jego biura położonego kilka metrów od naszego mieszkania, i przybijałem pieczątki. To była bardzo nobilitująca czynność, której wagę zrozumiałem ostatecznie dopiero wtedy, gdy w Mangalii nad rumuńskim Morzem Czarnym, pani w kasie odmówiła mi sprzedaży biletu do Oradei ze zniżką na podstawie obowiązującej już wówczas w tym państwie międzynarodowej plastikowej legitymacji studenckiej. Dopiero starodawna moja ATK-owska legitymacja z dziesięcioma czerwonymi pieczątkami zadziałała i kupiłem bilet ze zniżką.

Tenże budynek, liczący sobie zapewne kilka tysięcy metrów kwadratowych przez kilka dobrych lat był dla mnie tyleż domem, co mikrokosmosem, który starałem się dopiero poznać. Mając tych kilka lat rozeznawałem już poziomy i aspekty tego mikroświata.

Pierwszym z nich była olbrzymia kuchnia z jadalnią. Kuchnia z piecem z czasów austriackich, zasilanym węglem i drewnem. Lubiłem tam spędzać czas z uwagi na bardzo przychylna mi kucharkę z Pogwizdowa. Robiła dla mnie specjalnie placki ziemniaczane na blasze, bez tłuszczu. Codziennie dojeżdżała koleją. Była dla mnie pierwszym Aniołem, spośród wielu, których Pan postawił na mojej drodze.

Drugim była świetlica, w której był kolorowy telewizor. Rubin, radzieckiej produkcji. Wszyscy się go baliśmy oglądać, bo plotka głosiła, że w pewnym momencie Rumin wybucha i zabija. Dlatego większość z nas siadała jakoś tak po ukosie. Na wszelki wypadek. Z czasem Tato zaczął organizować w tej Sali projekcje filmowe angażując do tego prawdziwych kinomanów. Dwa razy w miesiącu oglądaliśmy te same filmy, jakie puszczane były w kinie „Piast”. Parszywą dwunastkę obejrzałem kilka razy.

Trzecim miejscem była kotłownia. Trzy wielkie piece węglowe. I taki chudy człowiek, który je zasilał. Dużo palił papierosów, wciąż kaszlał. W swoim pomieszczeniu miał zawsze dużo gazet i stare kalendarze. Uwielbiał cofać się w czasie do przeszłości, w której był lepszym człowiekiem. Odżywał dwa razy w roku, gdy było w internacie świniobicie. Wówczas łapał wiatr w żagle i stawał się innym człowiekiem, rozmownym, dyskusyjnym, nieco polemicznym. Wtedy zrozumiałem jak się robi kaszankę. Ale nadal ją lubię.

Trzecim pomieszczeniem były łaźnie i pomieszczenie do obierania ziemniaków. W tym drugim spotykałem jedną Czeszkę, która pracowała w internacie. Pewnie była z urodzenia Polką, ale zczechizowaną. Nic nigdy do mnie nie mówiła i to dawało mi do myślenia, bo inni jakoś potrafili do mnie przemówić. Po pierwszej komunii św. rodzice powiedzieli mi, że ten zegarek, co go dostałem, to z narażeniem niemal życia przemyciła przez granice Pani Czeszka. Mama powiedziała mi, żebym ją pocałował w prawy policzek i powiedział dziękuję. Dużo mnie to kosztowało.

Czwartym pomieszczeniem była chłodnia ustawiona na parterze budynku. Trzymano tam zapasy mięsa uwięzionego na specjalnych hakach. Bałem się, że kiedyś ktoś podstępem nie tam zamknie i zamarznę na śmierć.

Piątym miejscem były pokoje uczniów technikum. Przechadzałem się po nich pod ich nieobecność, bo większość na weekend jechała do swoich. Nie pamiętam, co wówczas o nich myślałem, ale po czasie mogę powiedzieć, że w porównaniu z tym, gdzie ja trafiłem do akademika na Jelonkach, to ci panowie żyli jak książęta w katedrze.

Szóstym miejscem było podwórko, ale o nim w innym odcinku…

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.