Najpierw walczył z cezaropapizmem cesarza.
Pomagał papieżowi przeciwko cesarskiej próbie podporządkowania sobie Kościoła. Wzmacniał niezależność Polski. Zdobył koronę. A potem… być może sam zachwycił się potęgą władzy.

Po długiej wyprawie na Ruś wraca jako król silniejszy, bardziej doświadczony i zapewne bardziej przekonany o własnej wielkości. I może właśnie wtedy pojawia się pokusa: skoro jestem królem chrześcijańskim, obrońcą wiary i pomazańcem — to czy nie powinienem pilnować także moralności moich poddanych?

A jeśli opowieść Kadłubka o żonach rycerzy, które podczas długiej wojny miały nie dochować wierności, zawiera choć ziarno prawdy?

Wyobraźmy sobie Bolesława wracającego z Rusi. Wojna się skończyła. Rycerze wracają. A w kraju okazuje się, że nie wszystkie żony były wierne swoim mężom.

Król widzi nie tylko prywatne dramaty. Widzieć może moralny kryzys całego królestwa. I wtedy przekracza bardzo niebezpieczną granicę. Zaczyna uważać, że jego zadaniem jest nie tylko rządzić państwem, ale również naprawiać dusze swoich poddanych.

Król staje się sędzią sumień. I wtedy na jego drodze staje biskup Stanisław. Być może właśnie o to naprawdę poszło. Nie o dwie kłótliwe osobowości. Nie o banalny konflikt „król kontra biskup”.

Ale o pytanie:
CZY KRÓL MA PRAWO RZĄDZIĆ CHRZEŚCIJAŃSKIM PAŃSTWEM, CZY TAKŻE CHRZEŚCIJAŃSKIM SUMIENIEM?

Stanisław mógł odpowiedzieć:
NIE.

Bolesław mógł odpowiedzieć:
JESTEM KRÓLEM. MAM OBOWIĄZEK PRZYWRÓCIĆ PORZĄDEK.

A konflikt skończył się tragicznie.
Bolesław zabił biskupa. Tyle że wydarzyło się coś, czego być może nie przewidział. Zabił człowieka, ale stworzył męczennika.

Biskup przegrał życie.
Król przegrał koronę.

A potem historia zrobiła coś jeszcze bardziej przewrotnego. Stanisław został świętym. Bolesław został tym królem, który przeszedł do historii jako zabójca biskupa.

Stanisław wygrał zza grobu. I właśnie dlatego mam z tą historią pewien problem.

Może Bolesław Śmiały nie był przeciwnikiem Kościoła. Może był czymś znacznie bardziej niebezpiecznym: człowiekiem, który tak bardzo uwierzył w swoją rolę obrońcy chrześcijaństwa, że zaczął uważać, iż sam ma prawo decydować, jak chrześcijanie mają żyć.

Najpierw walczył z cezaropapizmem cesarza. A może później sam zapragnął zostać cezarem własnego chrześcijańskiego świata.

I jeśli tak było, to Stanisław nie musiał być największym politykiem swojej epoki. Wystarczyło, że powiedział królowi:
„Tu kończy się twoja władza.”

Za tę odpowiedź zapłacił życiem. Ale ostatnie słowo i tak należało do niego.