Kilka dni temu w wyemitowanej przez sieć telewizyjną MSNBC rozmowie prowadząca program liberałka Joy Reid zadała szefowej konserwatywnej organizacji społecznej „Matki dla Wolności” Tinie Descovich takie oto pytanie:
„Jakie masz potwierdzone kwalifikacje, żeby kwestionować zasadność zatwierdzonych przez specjalistów od edukacji seksualnej materiałów?”
Pytanie dotyczyło książki „Gender Queer – wspomnienia” napisanej w formie komiksowego pamiętnika przez „niebinarnego” autora znanego jako Maia Kobabe.
Tak zadane pytanie ustawia całą rozmowę.
„No a jakie właściwie racje stoją za tym, żeby ta książka była obecna w szkołach?” – odpowiedziała Tina Descovich i już była „ugotowana”!
Oczywiście – lewica ma sto uzasadnień, żeby takie materiały lansować. A to, że są one potrzebne, żeby młodzież otrzymała odpowiedzi na ważne pytania dotyczące dojrzewania płciowego – także osób nieheteronormatywnych. A to, żeby dowiedziała się o bezpiecznym seksie. A to znowu, aby wiedziała gdzie może udać się po poradę. Czy wreszcie, żeby przełamać prowadzące do psychicznych zaburzeń traumy spowodowane „tabuizacją” seksu, itd.
Sęk w tym, że na gruncie liberalnym sfera intymna zasadniczo nie jest intymna, ale właśnie powinna stanowić „normalny” przedmiot dyskursu i podlegać wyłącznie normom „wyższego rzędu”, które wykluczają „przemocowy” charakter seksualnej relacji.
W ramach tak ustawionego dyskursu można bez trudu uzasadnić, że jeśli ktoś akurat ma taki fetysz, że najwyższą przyjemność sprawia mu odbywanie stosunków analnych z hakownicą, to rolą szkoły jest poinformowanie go, w jaki sposób może swoją potrzebę zrealizować „bezpiecznie”.
Konserwatyści mają zasadniczą trudność ze zrozumieniem, że pytanie o to, do czego w kulturze w ogóle potrzebne jest „tabu” jest fundamentalne i a odpowiadanie na nie jest jednym z najważniejszych zadań konserwatyzmu.
Konserwatyści mają taką trudność, bo zwykli to zagadnienie traktować na zasadzie „zdroworozsądkowej” – jako coś, co się „rozumie przez się”. Przyjmują kulturę w jej zastanym kształcie jako coś oczywistego a uzasadnień szukają co najwyżej w wierze religijnej. Nie dociera do nich, że posługując się takim językiem w realiach współczesnego świeckiego liberalizmu są po prostu anachroniczni i trafiają przysłowiową kulą w płot.
Nic dziwnego, że chrześcijańscy konserwatyści znaleźli największych sojuszników w obronie szkoły przed „demoralizacją” nie gdzie indziej, ale w szeregach fundamentalistów islamskich!
Nie twierdzę, że takie taktyczne sojusze są niedorzeczne, ale zauważam, że aby wytworzyć dziś skuteczną przeciwnarrację wobec dominującej kultury liberalnego permisywizmu potrzeba innego języka. Konserwatyzm zaniedbał po prostu komunikację w języku sekularnym i nie radzi sobie z dyskursem lewicy liberalnej, który jedyną potrzebę kultury widzi w „ograniczaniu ryzyka”.
O ile na gruncie ekonomicznym pewnych narzędzi dostarcza sama ekonomia, która z szacowania ryzyka oraz analizy zysków i strat uczyniła przedmiot „naukowy”, to w sprawach społecznych prawica jest tu zasadniczo bezradna! Jest tak, bo nie znalazła nigdy dość energii, aby zająć się na poważnie cybernetyką społeczną, która jest właściwie jedynym narzędziem pozwalającym na uzasadnianie w języku sekularnym potrzeby utrzymywania struktur długiego trwania i oraz takich instytucji kultury jak np. tabu.
Zamiast tego, konserwatyści ugrzęźli w metafizyce, która akurat w tych sprawach sobie nie radzi. Tymczasem liberalizm sprowadza się – w warstwie filozoficznej – do negacji samej potrzeby pytań metafizycznych, zastępując ją teorią „gier językowych”. W liberalizmie, de facto, filozofia jest krytyką literacką, hermeneutyką tekstów a nie dyskusją pojęć metafizycznych. To właśnie ten mechanizm stoi za niebywałym sukcesem dyskursu marksistowskiego, który redukuje całą złożoność świata do dyskusji stosunków przemocy wskazując czytelny „dobroduszny” cel, jakim jest minimalizacja wszelkiej „opresji” i idącą za tym „równość podmiotów” jako jedyny „konkretny” cel kultury.
W takich realiach język prawicy konfesyjnej staje się po prostu coraz bardziej egzotyczny i nieskuteczny, gdyż sprowadza problem do kolejnego konfliktu: wolności religijnej w kontrze do „naukowo rozumianego” interesu społecznego.
Nic dziwnego, że prowadząca wspomnianą wyżej rozmowę telewizyjną Joy Reid zapytała w końcu:
„No ale jakie właściwie prawo mają konserwatyści, żeby narzucać liberałom z jakich materiałów mogą korzystać ich dzieci w szkołach publicznych, skoro w wielu stanach już nawet nie są większością?”
Powtarzam po raz kolejny:
Prawica konfesyjna jest na przegranych pozycjach. Może już chyba faktycznie liczyć tylko na zwycięstwo szariatu, bo na reanimację „gorącego chrześcijaństwa” na Zachodzie raczej nie ma już co liczyć. Ta formuła po prostu się wyczerpała!
Albo prawica porzuci konfesyjne umocowanie polityki, albo odda całą władzę lewicy liberalnej i nie zmienią tego nawet chwilowe sukcesy konserwatystów spowodowane kryzysami, do jakich cyklicznie prowadzą ekscesy lewicy.
P.S. – Facebook nie pozwala mi na załączenie co bardziej „pikantych” obrazków ze wspomnianego „podręcznika”. Dostałem ostrzeżenie!






Zostaw komentarz