Dziś rano pobudka inna niż zwykle. Na dwie minuty przed dzwonkiem budzika kicia skoczyła mi na twarz i teraz mam szramę na pół policzka. W tej sytuacji postanowiłem poratować się nie tylko kawą, ale odpowiednią do sytuacji muzyką.

Proszę państwa – oto „Bitches Brew”, płyta Milesa Davisa z 1970 r., która była rodzajem bomby atomowej rozpoczynającej nową epokę w historii muzyki.

Tytuł płyty możnaby luźno przetłumaczyć jako „Jakiś syf” lub podobnie – nawiązuje do tanich drinków promocyjnych o niewiadomym składzie i dość dziwnym smaku.

Płyta powstała jako kontynuacja eksperymentów muzycznych rozpoczętych przez Davisa rok wcześniej płytą „In a Silent Way”, przy czym, to właśnie „Bitches Brew” jest formą właściwą a „In a Silent Way” jedynie przymiarką do niej.

Była przełomowa, gdyż Miles zrywa tu z dotychczasowym paradygmatem muzycznej formy jazzowej – wówczas wciąż jeszcze bliższej tradycyjnej piosence – i przesuwa ją w stronę form znanych z muzyki klasycznej: sonaty i suity, oraz indyjskiej ragi. Dominujące znaczenie uzyskują rytmika oraz modalność, natomiast pochody harmoniczne ulegają zredukowaniu i ostają się jedynie jako tonalne ramy mocno improwizowanej kompozycji.

Takiej formie służy użyte instrumentarium: dwa zestawy perkusyjne (Jack DeJonette i Lenny White/Billy Cobham) wspomagane dodatkowo różnymi „przeszkadzajkami” (konga, bongosy, grzechotki, itd. – Don Alias, Juma Santos, Airto Moreira), oraz równocześnie użyte: gitara basowa (Harvey Brooks) i kontrabas (Dave Holland).

Za melodykę odpowiadają przede wszystkim gitara (John McLaughlin) oraz instrumenty dęte: wyjątkowo agresywna trąbka (Miles Davis), saksofon sopranowy (Wayne Shorter) i klarnet basowy (Bennie Maupin).

Zaś podwójne a czasem nawet potrójnie użyte klawisze (pianino elektryczne – Joe Zawinul, Chick Corea i Larry Young) odpowiadają zarówno za frazę melodyczną jak też szczególną polirytmikę głównych kompozycji – Davis zdecydował się tu wykorzystać perkusyjne właściwości elektrycznych instrumentów klawiszowych, które jazz poznał już wcześniej za sprawą organów Hammonda.

O tej płycie nie można mówić nie wspominając o kluczowej roli inżyniera dźwięku Teo Macero, którego praca montażowa na taśmach nadała kompozycjom ostateczną formę i brzmienie. Należy go tu traktować bardziej jako kolejnego muzyka w zespole niż jedynie jako osobę techniczną odpowiadającą za jakość nagrania.

„Bitches Brew” rozpoczęła nową erę „muzyki fusion”, która była dalej rozwijana przez członków zespołu Davisa: Wayne’a Shortera, Joe Zawinula, Chicka Coreę, Johna McLaughlina czy uczestniczącego w nagraniu „In the Silent Way” Herbie Hancocka. Wszyscy oni zrobili oszałamiające kariery a ich późniejsze zespoły takie jak „Weather Report”, „Return to Forever” czy „Mahavishnu Orchestra” przeszły na trwałe do historii modern jazzu.

Można też powiedzieć, że „Bitches Brew” w pewnym stopniu uratowała jazz dla rynku muzycznego. W 1969 r. wytwórnie płytowe uważały, że jazz jest martwy. Płyty jazzowe po prostu już się nie sprzedawały, pieniądze zarabiano wyłącznie na płytach muzyki popularnej i rodzącej się muzyce rockowej. Muzycy jazzowi odbijali się w wydawnictwach od ściany. Tymczasem „Bitches Brew” sprzedała się w USA w nakładzie miliona egzemplarzy zdobywając tytuł „Platynowej Płyty”, co spowodowało zmianę nastawienia wydawnictw muzycznych i ponowne zwrócenie uwagi na rynkowy potencjał jazzu.