Niektórzy ogłosili Kirka błogosławionym albo zgoła świętym. Emocje opadły, zatem proponuję krótką refleksję – o fałszywym kościele Charliego Kirka, teologicznie i politycznie.

***

Charlie Kirk i fałszywy „kościół” wolności

Charlie Kirk, wcześniej nieszczególnie znany poza USA działacz republikański, został świętym – i to wielu różnych wspólnot. Aureolę nad głową zawiesili mu kardynałowie, polscy patrioci i konserwatyści, niemieccy nacjonaliści…

Problem w tym, że Kirk nie umarł za Chrystusa, ale raczej za amerykański model demokracji. „Kościół”, który buduje się wokół jego osoby, niewątpliwie nie jest w komunii z Rzymem.

Śmierć amerykańskiego influencera stała się niesamowitym fenomenem kulturowym. Nic dziwnego, że interesowali się tym Amerykanie – to w końcu ich narodowe sprawy. Dlaczego jednak zabójstwo polityczne w sumie dość drugorzędnej figury amerykańskiej sceny politycznej zdominowało na pewien czas nagłówki polskich mediów prawicowych?

Dlaczego nieustannie rozpisywali się o tej sprawie niemieccy nacjonaliści? Jakim cudem dość zatwardziały protestancki heretyk został ogłoszony męczennikiem przez jednego z najbardziej konserwatywnych kardynałów Kościoła katolickiego? Odpowiedź na te pytania, jak sądzę, nie jest wcale oczywista.

Przez kilka dni nieledwie ekstatyczne oburzenie politycznym mordem stało się nowym elementem prawicowej poprawności politycznej. Emocjonował się tym praktycznie każdy, za punkt honoru przyjmując głośne potępienie lewicy, genderyzmu i wszelkich innych bezeceństw, które miałyby odpowiadać za śmierć młodego ojca rodziny. W sieci pojawiła się nawet informacja, że w jednym z kościołów Wrocławia zamówiono Mszę świętą za zmarłego.

Na stronie parafii nie ma potwierdzenia, ale gdyby nabożeństwo było faktem, nie byłoby w tym nic dziwnego. Mszę w tej intencji odprawił na przykład były prymas Czech, kardynał Dominik Duka. W kościele Matki Bożej przed Tynem na starym mieście w Pradze pojawiły się prawdziwe tłumy. Co ciekawe, kardynał przyznał, że przed zamachem nie słyszał nigdy o Kirku – prawdopodobnie tak, jak absolutna większość ludzi w Europie, ogarniętych nagłą poczuciem bliskiej więzi i braterstwa.

O tyle dobrze, że kardynał Duka zaznaczył, iż odprawienie za amerykańskiego protestanta Mszy świętej nie jest równoznaczne z jego kanonizacją. Mniejsze zahamowania miał w tym względzie kardynał Gerhard Ludwig Müller, były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, jeden z najpoważniejszych teologów XXI wieku. Müller często bywa w Stanach Zjednoczonych i ma dobre relacje z tamtejszą prawicą, co być może tłumaczy jakoś jego reakcję. Co takiego powiedział? Autor takich dzieł jak „Dogmatyka katolicka” i „Papież. Posłannictwo i misja” w rozmowie z dziennikarką Diane Montagną stwierdził: „Charlie Kirk był gorliwym chrześcijaninem.

Z perspektywy nadprzyrodzonej nie umarł jako ofiara mordu politycznego, ale jako męczennik dla Jezusa Chrystusa – nie w sensie tych, którzy są kanonizowani, ale jako jeden z niosących świadectwo (z greckiego martys) w swoim życiu. Oddał życie idąc za Panem, jako ofiara za prawdę, że człowiek jest stworzony na Boży obraz, jako mężczyzna i kobieta, w opozycji do kłamstw i samookaleczenia promowanego przez tak zwaną ideologię trans”.

Czy polityczne zaangażowanie na rzecz ruchu MAGA można bez wahania określić mianem oddania życia Chrystusowi tylko dlatego, że broni się zarazem prawa naturalnego?

Wydaje się, że to zdecydowanie zbyt mało – tym więcej, że wbrew propagandzie o rzekomej „drodze do katolicyzmu”, na której miał się znajdować Kirk, bynajmniej nic o tym nie świadczy. Powiem brutalnie: są rzeczy, które świadczą raczej o dużej niechęci do Kościoła. Niejednokrotnie w swoim życiu Kirk dawał świadectwo upartego trwania w błędach protestanckich i odrzucania katolicyzmu. Jeszcze na początku sierpnia nazywał papieża „panem Prevostem” i zdecydowanie deklarował, że „nie jest katolikiem”. Przytacza się dziś jego słowa o Matce Bożej, dla której, jak twierdził, brakować ma wśród protestantów czci – ale nie zwraca się uwagi na to, że kontekstem jest czysta polityka.

Według Kirka protestantom przydałoby się więcej Maryjności, żeby przeciwdziałać feminizmowi. To bardzo utylitarne traktowanie Matki Bożej, wskazujące, że publicysta nie wiedział wcale jaka jest istota katolickiego kultu w tym zakresie. Zamordowany w wielu wypowiedziach odrzucał też autorytet papieski i twierdził, że katolicyzm przeczy Pismu Świętemu.

Oczywiście, to najpewniej w znacznej części po prostu ciężar protestanckiego wychowania – nie da się wykluczyć, że w kolejnych latach Kirk zmieniłby swoje nastawienie. Komentując krytycznie Kościół katolicki często wskazywał na Joe Bidena czy papieża Franciszka – nic dziwnego, że te dwie wielkie postaci katolicyzmu ostatnich lat wywoływały fatalne wrażenie w protestancie głęboko przywiązanym do prawa naturalnego. Osądzi go Bóg i będzie to ocena niewątpliwie najsprawiedliwsza z możliwych – pomodlić się za zbawienie tragicznie zmarłego protestanta przecież nie zaszkodzi.

Tak czy inaczej, publicznie dostępne „doświadczenie życia” Charliego Kirka raczej nie uprawnia do uznania go za krypto-katolika. Uznanie go męczennikiem wydaje się równie pochopne już choćby na gruncie czystych zasad. Czytelnik pamięta może dyskusje, jakie przetoczyły się w Polsce po beatyfikacji rodziny Ulmów. Niektórzy wskazywali, że – przy całym szacunku dla heroiczności ich decyzji – ostatecznie zostali zamordowani nie za wiarę w Chrystusa, ale za ukrywanie Żydów.

Zwolennicy beatyfikacji odpowiadali, że to wprawdzie fakt, niemniej jednak ukrywali Żydów właśnie dlatego, że kochali Chrystusa. Trudno się z tym nie zgodzić – Kościół zdecydował się na beatyfikację i miał po temu słuszne przyczyny. Czy to samo rozumowanie można zastosować do Charliego Kirka? Innymi słowy – czy stał się eksponowanym influencerem ruchu MAGA właśnie dlatego, że kochał Chrystusa? To co najmniej ryzykowne założenie.

Wielu mówiło też, że Charlie Kirk był męczennikiem za wolność słowa. To, jak sądzę, prawda – ale wolność słowa nie jest świętością polskich katolickich tradycjonalistów czy nawet większości konserwatystów. Owszem, są tacy jak Sławomir Mentzen, którzy chcieliby zaprowadzać nad Wisłą wolność słowa na modłę amerykańską.

To jednak wyjątek. Dla większości Polaków o wiele bardziej racjonalna jest tradycja równoważąca wolność wypowiedzi odpowiednią cenzurą – na przykład zakazem propagowania totalitaryzmów, który to katalog należałoby dziś rozszerzyć choćby o obmierzłą ideologię aborcjonizmu. Absolutna wolność słowa to przecież także wolność bluźnierstwa. Kościół nigdy nie stał na jej straży. Jeżeli zatem Kirk byłby męczennikiem wolności słowa – to czyniłoby go to tylko dalszym od katolickiej kategorii męczeństwa.

Zostawiam już jednak ten kościelny wątek, bo na tym przecież problem się nie kończy. Dlaczego tak bardzo jego śmiercią zafascynowali się patrioci i nacjonaliści spoza Ameryki, na przykład z Niemiec? Za Odrą doszło w tym względzie to prawdziwego szału. Przykładowo dość wpływowa polityk Alternatywy dla Niemiec z Dolnej Saksonii, Vanessa Behrendt, jadowicie zarzucała kierownictwu rządu, że zamiast przywdziać żałobę z powodu śmierci Kirka, poszli na… Oktoberfest. Jej wściekłość wzbudziło zdjęcie szefostwa CDU, CSU i SPD – Friedricha Merza, Larsa Klingbeila, Bärbel Bas i Markusa Södera – którzy pozowali z tradycyjnym kuflem piwa. Niepojęte! Podczas gdy Söder, Merz, Bas i Klingbeil spokojnie świętują na Oktoberfeście w Monachium, w USA tysiące ludzi płacze na pogrzebie Charliego Kirka. A nasi «czołowi politycy»? Ani słowa, żadnego stanowiska” – napisała niemiecka nacjonalistka, kończąc wpis angielskim okrzykiem „Shame on you!”.

Większość wyborców AfD była tym zachwycona; tylko nieliczni zwracali uwagę, że niemiecki kanclerz ma chyba prawo wypić piwo w dniu, w którym odbywa się pogrzeb działacza politycznego w zupełnie innym kraju – tym więcej, że ścisła zależność gospodarcza i militarna od USA była przez długi czas przedmiotem krytyki ze strony środowiska Alternatywy.

Nie ma wątpliwości, że wielu prawicowych polityków w Europie traktuje śmierć Kirka czysto instrumentalnie. To prosta i jasna historia: prawicowiec zostaje zabity przez lewicowca, rzecz nadaje się więc na nośne narzędzie grillowania przeciwników politycznych i pokazywania, że czerwona ideologia prowadzi do zbrodni. Problem pojawia się wówczas, gdy ekscytacja sprawą amerykańskiego influencera przekracza zdrową miarę – i zaczyna przeradzać się w propagandę i kłamstwo. Lewicowa przemoc jest oczywiście faktem, co do tego nikt nie ma wątpliwości.

W Polsce w 2010 roku Ryszard Cyba zamordował działacza PiS Marka Rosiaka, działając z nienawiści do prawicy. W Niemczech ataki na polityków AfD są tak częste, że nie ma sensu ich nawet wymieniać – to codzienność, jakkolwiek nie doszło jeszcze do morderstw. W RFN nie brakuje jednak również przemocy w drugą stronę. W 2015 roku nożem w szyję została zraniona Henriette Reker, która kandydowała na burmistrza Kolonii. Należała wprawdzie do CDU, ale sprawca chciał ukarać Reker za poparcie migracji, działał zatem z perspektywy umownie mówiąc prawicowej. W 2019 roku zastrzelony został inny polityk CDU, Walter Lübcke – ponownie z powodu poparcia dla imigracji. Takie rzeczy po prostu dzieją się w świecie pełnym niezwykle poważnych napięć politycznych – w USA giną nie tylko prawicowcy, ale również przedstawiciele lewicy. Uczciwość każe o tym pamiętać, nawet gdy polityczna propaganda wolałaby przedstawić rzecz jednostronnie.

Pochopna katolicyzacja protestanta, zakłamanie dla własnej propagandy politycznej – to jeszcze nie wszystko. Trzecim niepokojącym mnie elementem jest skala uwiedzenia polskich patriotów przez ruch MAGA. Skrajnie ekstrawertyczne reakcje na śmierć Kirka w Polsce pokazują, że polska prawica w dużej mierze cierpi na dokładnie tę samą chorobę, o którą oskarża lewicę. Tworzy się mianowicie wrażenie, jakoby „wspólne wartości” budowały w polityce łączność ponad granicami. Ruch MAGA jest prawnonaturalny, konserwatywny, wolnościowy – należy go zatem bezwzględnie wspierać, niezależnie czy jest się polskim, niemieckim, szwedzkim czy węgierskim nacjonalistą, brzmi narracja głównego nurtu prawicy.

Nie zliczę jednak, ile razy słyszałem prawicowych publicystów w dobie prezydentury Obamy czy Bidena, którzy studzili zapał niektórych rozgrzanych polskich polityków, jakoby Biały Dom aż palił się do obrony Rzeczpospolitej za cenę krwi amerykańskich żołnierzy tylko dlatego, że łączą nas wspólne wartości demokracji liberalnej. Jeżeli coś nas rzeczywiście łączy, to interesy, mówili, a nie żadne wartości czy ideały – Amerykanie mogą współpracować nawet z Arabią Saudyjską, o ile tylko realizuje to ich cele polityczne. Warto, żeby w ocenie ruchu MAGA stosować tę samą miarę. Inaczej obudzimy się z ręką w nocniku – „wspólnota prawicowych wartości” przysłoni nam oczywistość faktu, że Ameryka środowiska MAGA jest Ameryką nacjonalistyczną, a nie katolicko-konserwatywnym obrońcą międzynarodowego uznania przyrodzonego ładu.

Tym więcej, że – czego by nie mówić – lewicowcy w skrajnym poparciu dla Obamy czy Bidena mieli jeszcze pewien faktyczny interes, bo mogli liczyć na wcale niemały strumień pieniędzy płynący „via Soros” do różnych własnych organizacji. Polska prawica nie zdobędzie w taki sam sposób finansowania od ekonomicznie izolacjonistycznego ruchu trumpistowskiego.

Wydarzenia polityczne zza Oceanu warto śledzić i analizować, ale zawsze – na chłodno. Emocje nie są dobrym doradcą w życiu publicznym. Prawica powinna o tym pamiętać szczególnie mocno.

Autor: Paweł Chmielewski
Dziennikarz, publicysta, autor książek o Kościele katolicki, w tym o pontyfikatach Benedykta XVI i papieża Franciszka.