Wczoraj we Wrocławiu z komendantem Legionu Polskiego walczącego na Ukrainie Adamem Słomką rozmawialiśmy o idei Międzymorza. Czyli czasie, kiedy Józef Piłsudski snuł swoją wizję federacji państw między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym – takich jak Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia czy Jugosławia – nie rysował jedynie nowej mapy Europy. Próbował odpowiedzieć na pytanie znacznie trudniejsze: jak istnieć między silniejszymi, takimi jak Niemcy i Rosja, i nie stać się ich przestrzenią.
Międzymorze w jego myśleniu nie było romantycznym projektem. Wynikało z doświadczenia historii, w której państwa regionu zbyt często znikały z mapy albo wracały na nią jako efekt cudzych decyzji. Federacja miała odwrócić tę logikę. Miała dać podmiotowość tam, gdzie przez stulecia dominowała zależność.
Projekt się nie powiódł. Rozbił się o sprzeczne interesy, brak zaufania i polityczne realia epoki. A jednak sama idea przetrwała. Nie jako gotowy plan, lecz jako intuicja, że przestrzeń między wielkimi centrami siły nie musi być skazana na rolę korytarza.
Dziś wraca pod nazwą Inicjatywa Trójmorza, obejmując państwa takie jak Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Austria, Słowenia, Chorwacja, Rumunia, Bułgaria, Litwa, Łotwa, Estonia i Grecja. Zamiast federacji mamy współpracę infrastrukturalną, energetyczną i cyfrową. Zamiast wielkich deklaracji – projekty połączeń północ-południe, inwestycje, sieci zależności. Język stał się bardziej techniczny, ale sens problemu pozostał ten sam. Co istotne, choć Ukraina nie jest formalnym członkiem tej inicjatywy, została włączona jako partner i coraz wyraźniej wpisuje się w jej strategiczny horyzont -zwłaszcza w kontekście wojny i przyszłej odbudowy.
Bo wciąż chodzi o to, czy region może działać jako podmiot, czy pozostanie układem peryferii lepiej zorganizowanych, lecz nadal zależnych.
Rzecz komplikuje się w miejscu, w którym kończy się ekonomia, a zaczyna świadomość. Europa Środkowa nie jest jednorodna. To zbiór doświadczeń, które nie zawsze się pokrywają. Różne pamięci historyczne, odmienne kierunki lęków i aspiracji. Dla jednych punktem odniesienia był Wschód, dla innych Zachód. Te różnice nie znikają tylko dlatego, że powstaje wspólny projekt.
Można oczywiście twierdzić, że nie ma to większego znaczenia. Że wystarczą drogi, rurociągi i przepływy energii. I do pewnego stopnia to prawda. Infrastruktura buduje realne powiązania. Tyle że sama w sobie nie tworzy wspólnoty. Jest narzędziem, które może wzmacniać podmiotowość, ale nie jest jej źródłem.
Tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy da się zbudować trwały układ polityczny bez wspólnej opowieści? Bez poczucia „my”, które wykracza poza doraźny interes?
Historia podpowiada ostrożność. Wspólnoty nie rodzą się wyłącznie z kalkulacji. Potrzebują narracji, która łączy różne doświadczenia w coś więcej niż tylko sumę korzyści. Międzymorze takiej narracji wciąż szuka. Ma potencjał gospodarczy, rosnące znaczenie geopolityczne, coraz lepsze narzędzia współpracy. Brakuje mu jednak spójnej świadomości, która nadałaby temu kierunek.
Nie oznacza to, że projekt jest skazany na porażkę. Przeciwnie. Może odegrać istotną rolę w przekształcaniu regionu z peryferii w jeden z ważniejszych obszarów Europy. Może też pozostać konstrukcją techniczną, użyteczną, lecz ograniczoną do funkcji pomocniczej wobec silniejszych graczy.
Dlatego Międzymorze nie jest dziś odpowiedzią. Jest pytaniem, które powraca niezależnie od epoki: czy środek Europy może przestać być tylko przestrzenią między innymi, a zacząć być przestrzenią własną.
I być może właśnie od odpowiedzi na to pytanie zależy, czy tym razem historia się powtórzy, czy wreszcie zmieni kierunek. Co o tym myślicie?