W odległej galaktyce, bardzo podobnej do tej nad Wisłą, pojawiła się postać, która najwyraźniej pomyliła Brukselę z Gwiazdą Śmierci. Donald Tusk patrzy z miną człowieka, który właśnie odkrył, że zamiast debaty sejmowej można po prostu użyć Mocy.
Czerwony miecz świetlny nie służy tu jednak do pojedynków z Jedi, lecz do przecinania taśm na kolejnych konferencjach prasowych. Imperium? Oczywiście – ale w wersji biurokratycznej. Zamiast szturmowców są eksperci od procedur, a zamiast droidów protokolarnych – rzecznik prasowy.
A gdzieś na orbicie tej politycznej galaktyki krąży największa konstrukcja Imperium: Unia Europejska, która w tej wizji przypomina potężną „Planetę Śmierci”. Nie strzela jednak laserem, lecz dyrektywami, regulacjami i formularzami w trzech egzemplarzach. Zamiast jednego niszczycielskiego promienia są tysiące przypisów, załączników i konsultacji społecznych.
Z centrum dowodzenia płynie komunikat: „Spokojnie, to tylko kolejna harmonizacja przepisów, kolejna integracja”. Planety – zwane tu państwami członkowskimi – krążą wokół, czasem buntowniczo mrucząc, ale ostatecznie i tak wysyłają kolejne raporty i raty kredytów.
Gdzieś w tle słychać ciężki oddech systemu, który próbuje nadążyć za tempem politycznych zwrotów akcji. Raz jest rebelia, raz Imperium, a wyborcy – jak zwykle – stoją w kolejce do kantyny galaktycznej i zastanawiają się, czy w menu będzie dziś bardziej „ciemna strona mocy”, czy może jednak „lekka sałatka z obietnic”.
A sam Vader-Tusk? Wygląda na człowieka, który doskonale wie, że w polityce – tak jak w galaktyce – najważniejsze jest jedno: kto trzyma miecz świetlny… i mikrofon.

Zostaw komentarz