Bez komentarzy, bez zasłon dymnych, bez tej taniej teatralności, którą na co dzień karmią nas rządzący. Wystarczy jedno nazwisko, jeden podpis, jedno stanowisko — i nagle widzisz całą prawdę o państwie, które miało być nowoczesne, demokratyczne i „odnowione”.

To nazwisko brzmi: Marek Siwiec.
A stanowisko: Szef Kancelarii Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.

Tak, komunista wrócił.
I nie wrócił „gdzieś tam na uboczu”. Nie jako doradca, konsultant, komentator.

Wrócił na sam środek polskiej legislacji, na fotel, który decyduje o rytmie prac parlamentu, o dokumentach, o obiegu informacji, o wszystkim, co składa się na działanie Sejmu. To realna władza, nie dekoracja. I ten fakt mówi o Polsce 2025 roku więcej niż wszystkie wystąpienia Tuska i Hołowni razem wzięte.

Kim jest Marek Siwiec?

Nie „ekspertem”.
Nie „doświadczonym urzędnikiem”.
Nie „człowiekiem dialogu”.

To funkcjonariusz PZPR, zapisany w partii od 1977 aż do jej ostatniego tchnienia.

To człowiek, który w agonii PRL-u kierował „Trybuną Kongresową”, szybką mutacją „Trybuny Ludu”, czyli tuby propagandowej partii, która przez dekady dusiła i zniewalała Polskę.

To członek rady nadzorczej spółki Transakcja — tej założonej przez Komitet Centralny PZPR, ZSMP, Akademię Nauk Społecznych i przez symbol propagandy epoki – RSW „Prasa-Książka-Ruch”.

To nomenklatura.
To system.
To wszystko, co miało nigdy nie wrócić.

Po 1989 roku też nie było przypadkowo: współzałożyciel SdRP, czyli bezpośredniej córki PZPR. Pierwszy redaktor naczelny „Trybuny”, nowej dekoracji dla starego przekazu.

A w tle? Spółka Print AB — powiązana z aferą Art-B.
Nie jako figurant.
Dyrektor generalny.

W normalnym państwie taki życiorys zamyka drogę do jakiejkolwiek politycznej funkcji.
W Polsce roku 2025 — otwiera ją szeroko.

I kto te drzwi otworzył?

Donald Tusk.
Szymon Hołownia.
Władysław Kosiniak-Kamysz.

Trzej liderzy, którzy z powagą telewizyjnych kaznodziejów mówią o „nowoczesności”, „europejskości” i „przejrzystości”. A jedną decyzją pokazują, że PRL nie wraca symbolicznie — PRL wraca kadrowo.

Władza nie tylko nie ma problemu z dawnymi funkcjonariuszami systemu.
Władza ich nagradza.
Przywraca.
Ustawia na najwyższych stanowiskach.

Co to znaczy?

Że cały ten teatr o „walce z brunatną przeszłością” jest zasłoną dymną.
Że problemem nie jest przeszłość — problemem jest, kto tę przeszłość kontroluje.
Gdyby Siwiec był związany z kimś innym, zostałby dziś ogłoszony „reliktem PRL-u”.
Ale że jest „swój” — to nagle staje się „doświadczonym dyplomatą”.

To jest ta sama mentalność, ten sam język, ten sam świat przed 1989 rokiem.
Tylko opakowanie inne.

Tak wygląda pełzający powrót komunizmu.
Nie w marszach.
Nie w manifestach.
W gabinetach. W nominacjach. W powrotach ludzi, którzy powinni pozostać w podręcznikach historii.

Wraca, bo ktoś uznał, że Polacy nic nie zauważą.
Że ludzie są zmęczeni, więc przejdzie.
Że nikt nie zapyta, jak to możliwe, że po 35 latach demokracji były aparatczyk PZPR kieruje Kancelarią polskiego Sejmu.

Ale najważniejsze jest coś innego.

Tu już nikt nawet nie udaje.
Wraca coś, co obiecano, że nigdy nie wróci.
I dlatego dziś, nie chodzi już o jednego człowieka, ani o jedną nominację.
Chodzi o to, czy Polska jeszcze ma instynkt samozachowawczy.
Bo jeśli państwo przestaje się wstydzić własnych demonów,
to znaczy, że te demony znowu piszą scenariusz.