Czy ktoś w ogóle zauważył, że obecny, proukraiński i mocno antyrosyjski nurt polityczny w Unii Europejskiej jest czymś zupełnie nowym, sztucznie napędzonym przez wojnę, strach i medialną narrację? I że ten nurt… może się zaraz zwyczajnie skończyć?Bo to nie jest żaden trwały fundament. To nie jest wartość wpisana w europejskie DNA. To jest chwilowa strategia, wymuszona sytuacją na froncie i presją opinii publicznej. A historie Europy znamy bardzo dobrze. Gdy tylko zrobi się „cieplej”, gdy pojawi się wizja taniego gazu, stabilnych dostaw surowców i intratnych kontraktów – Rosja znów stanie się „partnerem do rozmów”, a nie „agresorem”.
I co wtedy z Ukrainą? Co wtedy z Polską?Ktoś w ogóle zadaje dziś te pytania na poważnie?
Nasza polityka powinna być elastyczna, mądra, wielowektorowa. Jesteśmy w zbyt newralgicznym miejscu świata, by pozwolić sobie na luksus oparcia wszystkiego na jednym sojuszniku. A mimo to wciąż słychać głosy, że „wystarczą USA”. Tylko że sam Donald Trump pyta: „Jakie macie karty?” I sam mówi wprost: Europa musi się bronić sama i liczyć przede wszystkim na siebie.
Mało kto chce to słyszeć. Wybiera się z jego wypowiedzi tylko to, co pasuje do aktualnej narracji.
Tymczasem prawdziwi, realni partnerzy Polski to dziś przede wszystkim Skandynawia i państwa bałtyckie – kraje, które wiedzą, czym jest rosyjskie zagrożenie i nie potrzebują tłumaczenia, czym pachnie imperializm Moskwy. Z nimi powinniśmy budować twarde alianse. Z nimi zacieśniać współpracę militarną i gospodarczą. Z nimi tworzyć prawdziwy blok obronny.
Ale my… działamy za wolno. Za cicho. Za miękko.
Na własne życzenie rozmieniają się nasze szanse na polityczne drobne.I tu pojawia się pytanie kluczowe: dlaczego zabrakło nas w Genewie?Dlaczego przy kolejnym stole rozmów o przyszłym porządku – o Ukrainie, o Rosji, o Europie Środkowo-Wschodniej – nie było Polski? Oficjalnie: nie wiadomo. Nieoficjalnie: jedni mówią o konflikcie na linii prezydent–premier. Inni, że przestaliśmy być postrzegani jako państwo sprawcze, zdolne do samodzielnej gry. Jeszcze inni – i tu niestety trudno się z nimi nie zgodzić – widzą w tym efekt uległej, reaktywnej polityki rządu Donalda Tuska.
Myślałem, że ludzie premiera, który rzekomo ma „takie świetne relacje w Europie”, nie pozwolą, by Polska została wypchnięta z takich gremiów. A jednak – zostaliśmy z boku. I to boli najbardziej i okazało się dodatkowo, że Tusk jest nikim.
A przecież przez lata to właśnie polskie analizy dotyczące Rosji okazywały się trafione. To my ostrzegaliśmy przed Nord Streamami, przed uzależnianiem się od Kremla, przed iluzją „pokojowej współpracy”. A dziś, gdy rzeczywistość potwierdziła nasze racje, nie potrafimy znaleźć się przy stole, gdy dzielone są karty na nowo, bo do władzy doszedł Tusk, który jest w ,,bydlęcym wagonie” i do rozmów nie zostanie dopuszczony.
I tu wraca duch Jałty.Wtedy też nas nie było. Wtedy też o Polsce decydowano bez Polski. Wtedy też wielcy świata ustalili, co z nami będzie – a my dostaliśmy gotowy los, spakowany niemal,(no właśnie) do przysłowiowych ,,bydlęcych wagonów,” historii.
Czy dziś znów jedziemy w tym samym kierunku, tylko w nowocześniejszym opakowaniu?Coraz więcej wskazuje na to, że Europa – zmęczona wojną, zmęczona kryzysem, zmęczona kosztami wsparcia Ukrainy – będzie szukać drogi powrotu do relacji z Rosją. Nazwie to „nowym otwarciem”, „procesem pokojowym”, „pragmatyzmem gospodarczym”. A prawda będzie prosta: interes znów wygra z moralnością.
A jeśli tak się stanie, to kto zostanie przy stole rozmów o odbudowie Ukrainy, o inwestycjach, kontraktach, wpływach i pieniądzach?
Na pewno nie Polska. Nie kraj, który jest dziś spycha­ny na margines, którego głos jest lekceważony, który nie potrafi – lub nie chce – walczyć o swoje miejsce w pierwszym rzędzie. Zostaniemy gdzieś z boku. Obok Czech, Rumunii, Węgier, Słowacji – w przedziale dla tych, którzy mieli rację, ale nie mieli siły.
I to jest największy paradoks naszych czasów.
Mówimy o suwerenności. Mówimy o bezpieczeństwie. Mówimy o polskiej racji stanu.
Ale gdy naprawdę ważą się losy Europy – nie ma nas przy stole.Jesteśmy tematem rozmów, a nie ich uczestnikiem.
I jeśli ktoś uważa, że to się samo naprawi, że „jakoś to będzie”, że „Bruksela się obudzi”, to polecam otworzyć podręczniki historii. Szczególnie rozdział o Jałcie.
Bo historia nie lubi się powtarzać.Ale Europa… jak widać – tak.