Gdy czytając „Do Rzeczy”, nr 41 z 05.10.2020, trafiłam na artykuł Jacka Przybylskiego, „Namiestnik Mosbacher”, musiałam go przeczytać kilka razy, bowiem trudno mi było uwierzyć w to, co przeczytałam.
Z artykułu wynika, że Pani ambasador USA Georgette Mosbacher w wywiadzie dla Wirtualnej Polski postawiła nam ultimatum – „albo Polska zaakceptuje zachodnią wersję „postępu”, albo pożegna się z wojskami USA czy inwestycjami”.
Tak, więc przez przypadek dowiedzieliśmy się jak trwały jest sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Byle, co może zakończyć naszą wojskową współpracę. Jej wypowiedź spotkała się z ostrą krytyką polityków i dziennikarzy, a ja uważam, że PiS powinien dziękować pani ambasador za ujawnienie prawdziwego nastawienia do naszego kraju.
Z tej wypowiedzi jednoznacznie wynika, że nie traktują nas poważnie. Służymy im jako kraj, na którym robi się bardzo dobre interesy sprzedając mi.in. uzbrojenie i gaz.
Jakim sojusznikiem są Stany Zjednoczone przekonali się Kurdowie, których oddziały o nazwie Ludowej Jednostki Samoobrony (YPG) składając daninę krwi pomagały Amerykanom w pokonaniu Państwa Islamskiego. Po zakończeniu działań Stany Zjednoczone szybko o tym zapomniały, informując dowódcę syryjskich Kurdów, że nie będą ich bronić przed tureckimi atakami. Prezydent USA D. Trump stwierdził, że wspieranie sił kurdyjskich w regionie jest zbyt kosztowne i nie przejmując się ich losem rozpoczął wycofywanie swoich sił z północy Syrii tuż przed zapowiedzianą operacją Turcji na tym terenie. Po opuszczeniu Kurdów, Amerykanie bronią syryjskich pól naftowych i gazowych.
Nasi politycy powinni zawsze mieć na uwadze zachowanie Amerykanów w stosunku do Kurdów. Najgorzej, gdy buduje się zamki na piasku. W swojej nie tak odległej historii przetestowaliśmy na sobie ile są warte traktaty, gdy ma się słabą gospodarkę i armię. Liczyliśmy, że wywiążą się z nich Francja i WB podczas II wojny światowej i przeliczyliśmy się.
Zamiast wyciągnięcia wniosków z kurdyjskiej lekcji, wiele razy słyszałam od premiera M. Morawieckiego o wzmacnianiu strategicznego sojuszu z USA w obszarze bezpieczeństwa militarnego.
Do dziś pamiętam entuzjazm szefa MON M. Błaszczaka, gdy Sejm przyjął ustawę o ratyfikacji polsko-amerykańskiej umowy o wzmocnieniu współpracy obronnej. Z tej radości napisał na Twitterze – „Stworzenie w Polsce centrum dowodzenia wojskami USA stacjonującymi na wschodniej flance NATO i dalsze zwiększanie liczebności wojsk USA stacjonujących w naszym kraju – to najważniejsze efekty dzisiejszej umowy. To ważny dzień dla naszego bezpieczeństwa!”.
Jak on jest mocny uświadomiła wszystkim ambasador Mosbacher. Po jej wypowiedzi nie powinniśmy mieć złudzeń. Gdybyśmy potrzebowali militarnej pomocy zostalibyśmy znowu sami.
Wymuszanie na nas zachodniego „postępu”, to pierwsza próba szantażu. Należy się spodziewać, że wróci sprawa ustawy 447 dotyczącej mienia bezspadkowego. Nie po to przyjął ją Kongres amerykański, by została pokryta kurzem. Wówczas tak naprawdę poznamy, co znaczą naciski amerykańskie na Polskę.
Mam nadzieję, że dzięki pani Mosbacher rządzący się zreflektują i urealnią stosunki polsko-amerykańskie. Najwyższy czas by dbać o polskie interesy, a nie zgadzając się na wszystko, czego sobie życzy pani ambasador i Amerykanie.
Foto: internet
Zostaw komentarz