Na początek będzie trochę asekuranctwa. Otóż jestem pisarzem, człowiekiem kultury, humanistą – jak to się niekiedy określa – i z takiej pozycji zamierzam się wypowiedzieć. Po drugie – bardzo poważnie zastanawiałem się, czy tytuł tego tekstu nie powinien jednak mieć charakteru orzekającego. Taki był mój pierwszy instynkt. Zmieniłem zdanie, bo nigdy nie ufałem radykalizmowi, a poza tym chciałbym uwierzyć, że każdy człowiek może cofnąć się znad przepaści, więc na wszelki wypadek należy mu to umożliwić. I wreszcie po trzecie – jestem eks-wyborcą PiS, który dzisiaj wstydzi się, że dał tej partii władzę.

Jeszcze co do samego określenia kogoś faszystą: ja wiem, że ono się ostatnimi czasy zdewaluowało, zostało całkowicie wydrążone ze znaczenia przez wymachującą nim na każdym kroku szeroko pojętą lewicę. Tylko że z drugiej strony – z tym jest trochę jak z tą anegdotą o facecie, który ciągle wołał, że pożar, pożar. Ludzie ze wsi za każdym razem się zlatywali i nie widzieli żadnego ognia, a ten kretyn chichrał się, że tylko żartował. Za którymś razem znów krzyknął „Pożar!”, jednak ludzie już na to nie reagowali. A tymczasem okazało się, że naprawdę się hajcuje. Być może właśnie doszliśmy do tego momentu w kwestii tego, co obecnie robi rząd, by rzekomo ratować nas przed pandemią.

A to, co robi, ogłaszając nowe obostrzenia, jest czystym barbarzyństwem, którego już niczym nie da się usprawiedliwić. Nakazywanie ludziom, by trzymali się od siebie z daleka, to społeczna, a w dalszej perspektywie duchowa zbrodnia. Tym bardziej że owo mityczne wypłaszczenie, które ma to jakoby uzasadniać i którym bez przerwy wali się nas po twarzy przez tuby propagandowe rządu, wciąż jakoś nie chce nastąpić. Co więcej, wiele wskazuje na to, że choćby minister Szumowski pękł, to wirus ot tak sobie z dnia na dzień nie wyparuje. A niestety żyć jakoś będzie trzeba, bo nie sposób trzymać ludzi w nieskończoność pod kluczem, przy okazji zarzynając gospodarkę, którą wcześniej tak się pyszniło.

Nie, nie twierdzę, że nie należy nic robić. Nie stroję się też w piórka eksperta. Żywię jednak głębokie przekonanie, że przekroczono czerwoną linię, za którą lek zmieni się w truciznę. Słono za to zapłacimy – i to nie tylko, powtarzam, ekonomicznie, lecz w wymiarze najgłębszych relacji międzyludzkich. Jeśli mówi się dziś, że świat po pandemii już nigdy nie będzie taki sam, to jednym z kluczowych składników owej czekającej nas inności jest podważenie najprostszej wiary w to, że można po prostu wyjść sobie z domu. Takie wyjście już nigdy nie będzie – przynajmniej dla mnie – rzeczą oczywistą, lecz chwilową łaską władzy. Władzy, która raz już ustanowiła niebezpieczny precedens.

Więc jak to teraz ma niby wyglądać, szanowni państwo? Będziemy teraz tak ćwiczeni – trochę pseudo wolności, żebyśmy odetchnęli, podreperowali gospodarkę, a potem znów won do klatki? Tak sobie to rząd wyobraża? Bo przecież po tej pandemii może przyjść kolejna. Albo coś innego, czego w tej chwili jeszcze sobie nie wyobrażamy. A może będzie można stworzyć urojone zagrożenie – ot tak, tylko po to, żeby ludzi zdyscyplinować, wykosić potencjalne zarzewia oporu? Skoro coś udało się raz, można to przecież z powodzeniem powtórzyć. Dzięki obecnej sytuacji dowiedzieliśmy się, że na dobrą sprawę wystarczy odpowiednio spreparowany straszak, by skutecznie spacyfikować społeczeństwo.

A najgorszy jest moment, kiedy zaczniemy to akceptować. Już teraz to zjawisko dość dobrze widać. To czysta psychologia. Mnie osobiście najbardziej boli zmasowana akcja #zostańwdomu, która zaczyna już nosić wszelkie znamiona masowego prania mózgów. Boli mnie sekowanie tych, którzy się na to nie zgadzają, oraz uwagi w stylu: nie narzekaj, na wojnie mieli gorzej. Serio? Chorego na depresję też obsobaczycie, żeby się ogarnął, bo za okupacji nie było Netflixa, a ludzie musieli jakoś sobie radzić? I żebyśmy się dobrze zrozumieli: drakońskie restrykcje – może i do pewnego momentu uzasadnione – to jedno, a urządzanie się w tej sytuacji – coś zupełnie innego.

Tak czy inaczej pytanie o zasadność trwania w niej, o szeroko pojęte koszty gospodarcze i psychiczne, będzie w końcu musiało paść. A niestety jak na razie trudno nie odnieść mrożącego krew wrażenia, że rząd się kompletnie zakiwał, czego najlepszym dowodem jest fakt, że zagania się nas do domowego aresztu na licho jedno wie jak długo, ale jednocześnie nie widzi się żadnego powodu do przesunięcia wyborów. A jakby i tego nie było dość – forsuje się głosowanie korespondencyjne dla wszystkich, choć dawniej dokładnie ci sami ludzie nawoływali do maksymalnego kontrolowania wyborów. Ciekawe, jak zamierzają to teraz robić.

Minister Szumowski na przemian straszy kolejnymi szczytami zachorowań i chełpi się, ilu to obywateli udało się uratować dzięki wspaniałej strategii naszych władz. Basuje mu w tym premier, prezydent i część otwarcie prorządowych mediów. A ja mam do Państwa jedno pytanie: co powiecie, kiedy przez was uratowani zarzucą wam, że przeżyli tylko po to, aby żreć trawę, i że może lepiej byłoby zdechnąć na wirusa? Jesteście gotowi przyjąć na siebie taki cios? Taką moralną odpowiedzialność? Jak długo będziecie jeszcze zasłaniać się „scenariuszem włoskim”? Jak długo wy, dziennikarze, będziecie to żyrować? Tym bardziej że słupki zarażeń cały czas rosną i rosną.

Przykro mi to pisać tym bardziej, że – jak już zaznaczyłem – długo popierałem PiS. Nie dlatego, że są tacy zarąbiści, ale po prostu dlatego, że uważałem ich za wyjście optymalne. Teraz niestety czuję, że swoimi głosami dałem władzę ludziom, którzy tak żarliwie mnie ratują, że jestem od tego bardziej chory, niż mógłbym być. Czy to adekwatna cena za ocalenie milionów? A co, jeśli to tylko miraż? Ktoś nas za to przeprosi? Ktoś przeprosi za zniszczone życia, potrzaskaną psychikę, straconą pracę, a być może i za samobójstwa, które w wyniku tego się zdarzą? A wirus będzie dalej krążył i krążył.