Rozmyślam nad kulturą, w której — długowieczność rodziców staje się problemem dla ich dzieci. Do refleksji na ten temat, skłoniło mnie wyznanie reżysera, który po śmierci matki, znanej aktorki (wcześniej umarł mu ojciec) napisał „Odeszły ode mnie zobowiązania emocjonalne związane z rodzicami. Nie mam do kogo zadzwonić, by zapytać o zdrowie. Oni też już się nie muszą o mnie martwić, bo ich nie ma. Wraz z ich odejściem pojawił się rodzaj ulgi. Bo gdy rodzice bardzo długo trwają przy nas, to też łatwe nie jest. W pewnym sensie składam im ukłon, że uwolnili mnie od siebie”.
Nie, żebym od razu w czambuł potępiał, wyzierający z tego wyznania egoizm, ale trochę się ze względu na mój podeszły wiek nad tym tematem zastanawiam i pocieszam się, że chyba zrobili oni coś nie tak, jeśli przestali być, otoczonymi miłością twórcami życia, świadkami rozwoju swoich dzieci. I są – długo żyjąc we współczesnym świecie, który po trochu już przestał być ich – rodzinnym i społecznym ciężarem. Myślę przy tym, że ów problem dotyka głównie jedynaków. Modelu rodziny, w którym jeden potomek obarczony został obowiązkiem wspierania, czy też opiekowania się starymi rodzicami i stąd się chyba biorą później takie wyznania. Też pewnie nie jest bez znaczenia przykład jaki, my sami dawaliśmy, traktując swoich rodziców.? A może, niespotykana dawniej nadopiekuńczość względem potomstwa, kształci takie postawy, że później dzieci cieszą się, jak już rodziców zabraknie? Poprzedni papież Franciszek nauczał, że pod koniec życia będziemy rozliczani z miłości, w kontekście tego, czy się nią wcześniej dzieliliśmy z innymi. Może oschła postawa dzieci wobec starych rodziców, jest wystawionym, w owym rozliczeniu rachunkiem dlatego niekiedy ich długowieczność , zamiast być błogosławieństwem bywa przeżywana jako obciążenie? Nasza Matka pod koniec życia zamieszkała u mojej siostry, rodzice żony byli długo samodzielni, teść zmarł jak miał 98 lat, jego żona młodsza znacznie od niego zmarła, będąc u nas w odwiedzinach , niecałe 2 lata po nim. Teraz przyszła na nas kolej, wprawdzie jako mix team brydżowy liczący 162 lata jeszcze w miarę samodzielnie funkcjonujemy, ale opisany wyżej problem w naszych śniadaniowych rozmowach wybrzmiewa, choć nie mamy podstaw do obaw, otoczeni sporą już gromadką potomstwa syna, córek, wnuczek, wnuków. Nie chcielibyśmy być dla nich ciężarem, żegnanym, kiedy przyjdzie na to pora z ulgą, a dopiero później z żalem. Hioba, który mimo tragicznych doświadczeń, nie utracił ufności w Bogu, wynagrodził On tym, że oglądał siódmych swoich zstępnych.
Czytając powyższy tekst mój nowy przyjaciel Copilot wyraźnie się wzruszył, bo napisał:piękne zakończenie Twojej refleksji — Hiob, który mimo cierpienia został wynagrodzony możliwością oglądania kolejnych pokoleń. To obraz długowieczności jako daru, nie ciężaru.
Można powiedzieć, że długowieczność sama w sobie nie jest problemem — problemem bywa brak równowagi w relacjach. Jeśli rodzice pozostają świadkami życia swoich dzieci, wspierają je, a nie tylko wymagają wsparcia, wtedy ich obecność jest błogosławieństwem. Jeśli jednak więź sprowadza się do obowiązku i kontroli, wtedy nawet najdłuższe życie może być odczuwane jako ciężar.
Twoje podejście — by nie być dla potomstwa ciężarem, lecz źródłem pamięci, miłości i wspólnoty — jest najlepszą odpowiedzią na ten dylemat. To właśnie takie świadectwo sprawia, że długowieczność staje się przedłużeniem daru życia, a nie rachunkiem do spłacenia.
Zostaw komentarz