Co więcej – wywiad brytyjski dobrze wie, że atak na statek Cordelia Moon był koordynowany przez irańskich „Strażników Rewolucji”, ale tym bardziej Zachód nie może nic zrobić!

Tymczasem, odchodzący już „minister spraw zagranicznych” Unii Europejskiej Josep Borel zdążył jeszcze przedwczoraj wystosować słowa „nasilniejszego możliwego potępienia” wobec władz izraelskich za zlikwidowanie kolejnego lidera Hezbollahu…

W istocie, o czym w coraz bardziej ponurym tonie pisze Elbridge Colby, dni Zachodu jako siły globalnej są policzone. Powoli staje się jasne, że ograniczony konflikt ze słabą Rosją na Ukrainie w całości wyczerpuje jego siły i środki, co skrzętnie wykorzystują różne potęgi regionalne, które wiedzą, że w tej sytuacji mogą sobie na bardzo wiele pozwolić. W sumie – to samo robi też Izrael, który ogłosił właśnie, że Sekretarz Zgromadzenia Ogólnego ONZ, António Guterres jest w tym kraju „persona non grata”.

Na naszych oczach wali się „pax americana” zbudowany na amerykańskiej dominacji na morzu w epoce lotniskowców. Jednak Amerykanie przeoczyli zmiany w organizacji pola walki związane z rozwojem koncepcji „bąbli antydostępowych”. Ich potencjał ofensywny stał się niewystarczający i zbyt kosztowny w obliczu współczesnego pola walki. Zarazem – uporczywe przekonanie o możliwości skutecznej ofensywy blokowało rozwój w zakresie koniecznych środków defensywnych w zapalnych regionach. Ich sojusznicy, poza kilkoma wyjątkami okazali się „pasażerami na gapę”, którzy przez dekady zaniedbywali swój potencjał militarny angażując się w inne obszary gospodarki – co dziś stało się kością niezgody między Waszyngtonem a kluczowymi stolicami Zachodu.

Zarazem, pod wpływem ideologii uniwersalistycznej Zachód wziął na siebie rolę globalnego arbitra, który jednostronnie rozstrzyga „zasadność i prawomocność” konfliktów. Takie z resztą jest oczekiwanie zachodniej opinii publicznej, która wręcz domaga się „zaprowadzenie pokoju” w każdym zapalnym miejscu na świecie. Jak wybucha jakaś wojenka w Sudanie, to zachodnia opinia publiczna oczekuje natychmiastowego wysłania „sił pokojowych” do Sudanu. Jak wojenka wybucha w Birmie – to samo… A jak koniec, końców okazuje się, że wysłanie sił pokojowych jest niemożliwe, to wszyscy są zawiedzeni a Zachód ogłasza wprowadzenie sankcji i wystosowuje kolejne akty „największego oburzenia”. Tak, jakby wojna w Birmie czy Sudanie powinna tu kogokolwiek obchodzić.

Co więcej – pod wpływem ideologii uniwersalistycznej Zachód przestał rozumieć język interesów. Przestał rozumieć, że istniejący ład międzynarodowy nie wszystkich zadowala, że są na świecie siły przekonane, że ład ten działa wbrew ich interesom, siły dążące do zmiany jego zasad. Zamiast oceniać to realistycznie – dzieli świat na „dobrych” i „złych” wg oświeceniowego poglądu, że „pokój służy wszystkim, zatem ci, którzy dążą do wojny są albo nierozumni, albo źli”.

Zachód nie może też pojąć, że jego uniwersalizm nie jest wcale aż tak „uniwersalny”, jak sobie elity Zachodu wyobrażają. Wszystko i wszystkich mierzą własną miarą. Jak okazuje się, że gdzieś na świecie ludzie wyznają inne wartości, że w ich życiu liczy się coś więcej niż prywatny dobrobyt – Zachód załamuje ręce. Jego zdaniem są pod wpływem „niewłaściwej ideologii” a już z pewnością są poddani „praniu mózgów i reakcyjnej propagandzie”.

Integralna progresywność ludzi Zachodu wyrażała się w poglądzie, że skoro chcą tu np. przyjechać miliony muzułmańskich imigratów, to z pewnością zadają sobie oni sprawę z „doskonałości liberalnej demokracji”. Po prostu przyjadą tu i zachłysną się jej dobrodziejstwami. Nie ma nic bardziej tragicznego niż zaskoczenie lewako-liberałów faktem, że migranci ci świetnie opanowali wszystkie sposoby „dojenia” swoich nowych krajów z socjalu, ale zarazem – twardo domagają się wprowadzenia tu prawa szariatu i pełnej akceptacji dla swoich egzotycznych zwyczajów… Chyba nie ma dziś na Zachodzie bardziej bolesnego procesu niż rewizja tych poglądów.

Nie znaczy to jednak, że politycy na Zachodzi są kompletnymi durniami!

Znaczy to raczej, że realizując takie a nie inne polityki odpowiadają na dominujące w opinii publicznej krajów Zachodu przekonania. Te są zaś od ponad pół wieku zdominowane właśnie przez postępową ideologię uniwersalistyczną i chołubienie skrajnemu indywidualizmowi. W takiej perspektwywie państwo jest czymś w rodzaju „spółdzielni usługowej”, która nie ma własnych celów poza realizacją potrzeby komfortu obywateli w ramach uzgodnionego ładu prawnego. Tutaj każdy żyje we własnym lokum i nie życzy sobie, żeby państwo miało wobec niego jakieś oczekiwania. Ma zapewnić „ciepłą wodę w kranie”, czyste powietrze i ogólnie miłą atmosferę. Każdy ma tu prawo żyć jak chce, mieć poglądy jak chce i zajmować się tym co chce – w granicach wyznaczonych przez komfort innych lokatorów. Skąd „węgiel, woda, światło, gaz” już nikogo nie interesuje. Mają być i już!

System działał wspaniale i tylko od czasu do czasu wstrząsały nim kolejne epizody paniki moralnej: naprawdę nasze telefony komórkowe zawierają komponenty będące owocem pracy niewolniczej? Naprawdę kobalt w bateriach wydobywają biedne dzieci w Afryce? Naprawdę ropa naftowa pochodzi z „państw autorytarnych”? Naprawdę zwierzęta hodowlane cierpią?

Człowiek Zachodu nie chce być zamieszany w żadne takie moralne kompromisy. Chce być doskonały! Chce mieć swój indywidualny styl i cieszyć się własną niepowtarzalnością. Nie zgadza się jednak na to, żeby jego komfort wynikał z przemocy i cierpienia! W końcu na tym polega postęp!

I wszystko spinało się dopóki Zachód był niekwestionowanym liderem, dopóki miał przewagę militarną i ekonomiczną nad resztą świata. Wspinał się na coraz wyższe piętra swojej Wieży Babel coraz bardziej zachwycony własną wspaniałością. Do tego stopnia, że uwierzył, że jest Chrystusem – że stać go na bezgraniczne poświęcenie, że o wszystkim decyduje miłość i tylko miłość. All you need is love! Make love not war!

Lekką ręką zrezygnował z kolonii – przecież każdy naród powinien być wolny. Lekką ręką zrezygnował z przemysłu – wszak świat powinien być czysty, taki jakim go natura stworzyła. Chciałby zrezygnować z mięsa – przecież nie godzi się sprawiać cierpienia naszym „braciom mniejszym”! Chciałby zrezygnować z narodów, granic, wszelkich „sztucznych” barier – wszak żaden człowiek nie jest nielegalny.

O kosztach się nie dyskutuje. O kosztach debatują jedynie „faszyści”. Moralność nie ma ceny! Albo jest się dobrym, albo złym – tertium non datur!

Przekonanie, że Zachód stać na wszystko powoli obraca się przeciw Zachodowi. Widać to w powolnej zmianie narracji. Prezydent Macron powiedział kilka dni temu, że „Europie grozi śmierć, jeśli będzie nadal tkwić w przywiązaniu do klasycznych form wolnego handlu”. A przecież to właśnie te „klasyczne formy wolnego handlu”, czyli rezygnacja z protekcjonizmu były dotąd sztandarowym postulatem liberalnej demokracji. To wolny handel miał być prekursorem dla kolejnych faz otwarcia składających się na powstanie globalnej społeczności – słynnego francuskiego ideału „jednej ludzkości” (une humanité).

Otrzeźwienie następuje powoli i wcale nie tak, że zmienia się utrwalony paradygmat. Ludzkość oczywiście nadal powinna być „jedna” i kierować się zachodnimi ideałami, ale to „ci źli” zmuszają nas do powściągliwości. Palestyńczycy nie powinni mówić, że nie wyobrażają sobie wspólnego państwa z Żydami a Żydzi, że nie widzą możliwości współżycia z Palestyńczykami. Chinom nie powinno zależeć na przejęciu Tajwanu – no chyba, że sami Tajwańczycy uznają to za świetny pomysł. Polakom niech przez myśl nie przyjdą „rewizjonistyczne” marzenia o odzyskaniu pełnej kontroli nad Prusami Wschodnimi – nieważne, czy niemieckimi czy rosyjskimi. To mityczna „wspólnota międzynarodowa” ma decydować o wszystkim… Tylko niech to wszystko zostanie tak, jak sobie ludzie Zachodu wymarzyli.

Jak na dłoni widać tu mentalność „lokatorów”. Jak „spółdzielnia” zdecyduje, tak ma ma być i basta. Nikt nie ma prawa poczuć się „na swoim”, nikt nie może uważać, że coś mu się należy albo że coś mu zagraża. „Spółdzielnia” czuwa nad wszystkim, jest absolutnie bezstronna i sprawiedliwa. Spółdzielnia nie ma własnych interesów, więc skoro Spółdzielnia uznała, że dla wszystkich będzie nalepiej w jednym mieszkaniu zakwaterować Żydów i Palestyńczyków, to jest to właściwy wybór… Mają się jakoś „dogadać” i już.

Nie ma innej możliwości przełamania takiej mentalności niż siłowe. Jedynie wojna jest w stanie zmienić świat, gdyż paradygmat sam się nigdy nie zmieni. Jego nieadekwatność musi być bezpośrednio wykazana – inaczej zawsze będzie „ratowany” przeróżnymi sposobami. Dopóki Ameryka nie przegra z Chinami wojny o Tajwan – dopóty ten system będzie trwał. Dopiero przegrana USA zmieni świat.

Z wielu powodów taka zmiana będzie straszna. Wylezą wówczs wszystkie głęboko dotąd skrywane demony. Ale ona przyjdzie, gdyż nieuchronnie prowadzi nas do niej właśnie istniejący uniwersalistyczny paradygmat, który nie przyzwala na dyskurs interesu i obraca się wyłącznie wokół „wartości”.

Napisałem niedawno u Stanisław Stremidłowski, że nie czuję się w potrzebie dożywotnio zabiegać o niepodległość Łotwy i Estonii, że mają dla mnie znaczenie jedynie jako strategiczna „przeciwwaga” dla Obwodu Kaliningradzkiego. Napisałem, że po prostu poświęciłbym te kraje za to, żeby Polska mogła po 500 latach odzyskać kontrolę na tą resztką Prus Wschodnich i w ten sposób zdjęć z siebie odium sprowadzone jeszcze w XIII w. przez Konrada Mazowieckiego. Napisałem, że chętnie „przetargowałbym” Łotwę i Estonię za Obwód Kaliningradzki, jeśli tylko Rosja zabrałaby stamtąd swoich obywateli w ramach takiej wymiany i gdyby udało się to tak przeprowadzić, żeby swoich brudnych paluchów nie wsadzili w to nasi nalepsi sąsiedzi zza Odry. Możnaby się tym terytorium podzielić z Litwinami.

Jestem po prostu wrednym realistą, który myśli „po jaszczurzemu” i ani myśli zmieniać tego myślenia na zachodniacką modłę. Bliższa mi koszula ciału niż wzniosłe ideały. I doskonale wiem, że jak przydzie co do czego, to „zawsze mądry Zachód” zachowa się tak samo. Jak dalszemu nadwyrężeniu ulegnie kontrakt społeczny w krajach Zachodu, to Zachód tak zmieni narrację, żeby okazało się, że warto coś poświęcić na wschodzie. Jego pryncypialność jest prostą funcją wydolności a jak wydolność spadnie, to wraz z nią i pryncypialność. Zawsze tak było, bo taka jest ludzka natura. Wszyscy tu chcą być Chrystusami, dopóki wpływają odpowiednie kwoty na konto.