Prezydent Karol Nawrocki reprezentował Polskę podczas telekonferencji zorganizowanej przez Donalda Trumpa wraz z europejskimi liderami, poprzedzającej jego spotkanie z Władimirem Putinem na Alasce.

W Belwederze rozbrzmiewały telefony. Prezydent Nawrocki siedział przy stole z Donaldem Trumpem i przywódcami Europy, rozmawiając o rosyjskiej agresji na Ukrainę. Omawiano strategię Zachodu wobec Kremla. Tematy poważne, ton dyskusji – alarmowy. Wszyscy, którzy coś znaczą w tej rozmowie, byli na miejscu. Wszyscy – poza jednym.Gdzie w tym czasie był nasz premier Donald Tusk? W kuluarach słychać szepty: „Trump sobie go nie życzy”.

No cóż, niektórzy politycy mają przywilej uczestniczenia w kluczowych rozmowach. Inni – tylko w roli widzów, co najwyżej komentatorów zza ekranu telewizora.

A tymczasem jeszcze kilka dni wcześniej Tusk trąbił wszędzie, że „będzie rozmawiał z Donaldem Trumpem.

I jak to się skończyło?

Tak, jak z wieloma jego obietnicami – kolejnym politycznym kłamstwem. Rozmów nie było, bo i jego samego w tym gronie zabrakło. W dyplomacji nie wystarczy wysłać kilka uśmiechniętych zdjęć do mediów i liczyć na swoich niemieckich patronów. Trzeba być tam, gdzie rozstrzygają się najważniejsze sprawy dla światowego bezpieczeństwa. A kiedy w gronie liderów rozmawia się o wojnie, pokoju i granicach – brak premiera dużego państwa Unii Europejskiej wygląda jak wyrwa w ścianie. I żadna konferencja prasowa w Warszawie tej dziury nie zaceruje. Jest to po prostu żenujące. Ale cóż, można udawać, że nic się nie stało, można przekręcać fakty i manipulować. W końcu – można nawet przekręcić powiedzenie i oznajmić,że „nieobecni mają rację”.

Pytanie tylko, czy Polska może sobie pozwolić na premiera, którego nikt w tym „towarzystwie” nie chce widzieć przy stole. A przecież to nie pierwszy taki „przypadek” – wcześniej do Kijowa też go co prawda zabrali, ale w innym wagonie, żeby nie przeszkadzał w rozmowach prawdziwych decydentów. Wygląda na to, że w polityce europejskiej Donald Tusk ma swoje stałe miejsce – na bocznicy.

Donald Tusk został właśnie brutalnie sprowadzony na ziemię. Jeszcze kilka dni temu rzecznik rządu Szłapka zapewniał z pewnością godną lepszej sprawy: „Oczywiście, że premier będzie uczestniczył w spotkaniu z Donaldem Trumpem”.

Spotkania nie było, bo – jak dziś tłumaczy sam Tusk – „Trump ma zasadę, że rozmawia na poziomie prezydentów”. A więc to prezydent Karol Nawrocki, a nie Tusk, prowadził rozmowę z prezydentem USA.

Tusk został całkowicie wyautowany z tego grona. To nie jest już tylko wpadka wizerunkowa – to publiczne potwierdzenie, że Polska pod jego rządami jest spychana na margines międzynarodowej gry. To jest właśnie kwintesencja rządów Tuska afera za aferą, ale propaganda najpierw, rzeczywistość później. Zamiast przyznać otwarcie, że takiego spotkania po prostu nie będzie, karmiono opinię publiczną opowieścią, że wszystko jest dograne. A kiedy prawda wyszła na jaw, usłyszeliśmy pokrętne wyjaśnienia i zasłanianie się „zasadami dyplomacji”.

Pytanie jest proste: skoro Tusk wiedział, że taka jest „zasada Trumpa”, to dlaczego pozwolono rzecznikowi rządu opowiadać publicznie coś zupełnie innego? Czy naprawdę aż tak lekceważy się prawdę i obywateli?

Kłamstwo w polityce nigdy nie jest przypadkiem – to element strategii. Problem w tym, że gdy rzeczywistość weryfikuje słowa tak boleśnie, cała strategia wygląda jak zwykła kompromitacja. A jeśli ktoś jeszcze wierzył w bajkę o „silnym Tusku, który trzyma światowych przywódców za rękaw”, to dzisiejszy pokaz dyplomatycznej izolacji powinien go wyleczyć.

W polityce można stracić poparcie, można stracić władzę – ale gdy traci się twarz na oczach całej Europy, (dodajmy jeszcze KPO i to co z niego jeszcze wyjdzie) to nie ma już czego zbierać. Jedyne wyjście honorowe to dymisja.