Drogi Donaldzie, albo raczej Donek – bo przecież, jak to mówi Twój dobry znajomy Rysiek Petru, po angielsku wszyscy jesteśmy na „You”. Więc nie będzie tu żadnych „Panów”, żadnych ceremonii. A skoro łączy nas sympatia do cygar i wybornych alkoholi, choć tylko Ty możesz sobie pozwolić na te z górnej półki, będę się trzymał tej familiarnej formy.
Pisze do Ciebie facet z dwudziestoletnim stażem na emigracji w Irlandii. Tak, Donek, dwadzieścia lat. To czas, w którym się zestarzałem, patrzyłem, jak moje dzieci wyrastają na obczyźnie i w myślach tęskniłem za Polską. Żyłem na granicy – jednego dnia byłem w polskim sklepie, a drugiego na irlandzkiej ziemi patrzyłem w stronę Ojczyzny, powtarzając sobie: „Pewnego dnia wrócę”.
Nie zrażało mnie to, kto w Polsce rządził. PiS, PO, SLD – co mi do tego? Polska to dla mnie więcej niż polityczne logo, więcej niż hasło wyborcze na banerze. Widzisz, Donek, gdy przyjeżdżałem do Warszawy i patrzyłem, jak pięknieje, czułem dumę. Duma to taka rzecz, która nie pyta, czyj jest sukces. Jest wspólna. Ale wiesz co, Donek? W 2023 roku coś się zmieniło.
W grudniu umarła moja mama. A wtedy Ty zostałeś premierem. Dla mnie śmierć matki to był moment, gdy zacząłem schodzić z płotu, na którym siedziałem tyle lat, wahając się, czy wrócić. A Ty, Donek, swoją magią rządzenia sprawiłeś, że zszedłem na dobre. Bo jakże inaczej?
Patrzę na Twój rząd i widzę kalkę wszystkiego, co już widziałem. Nic nowego, Donek, tylko więcej tego samego. Podziały w społeczeństwie głębsze niż kiedykolwiek. Polityczna wojna, która odbiera ludziom dech. Ustawiczne polowanie na czarownice – a czarownicą może być każdy, kto ośmieli się myśleć inaczej niż Ty i Twoja świta. A co z gospodarką? Polska, lider wzrostu, teraz ściągana w dół, żebyś mógł przypodobać się swoim mocodawcom.
Dziękuję Ci, Donek. Naprawdę, z całego serca. Dziękuję za to, że zablokowałeś mnie na X i pozwoliłeś swoim trollom na farmach zatruwać przestrzeń publiczną. Dziękuję za realizację stu konkretów w sto dni – co tylko potwierdziło, że nie ma rzeczy, której nie potrafisz spieprzyć. Dziękuję za atmosferę, w której stosy palą się wyżej niż nadzieje na normalność.
Chciałem wrócić, Donek. Chciałem wierzyć, że może jeszcze jest miejsce dla takich jak ja – ludzi, którzy pamiętają, że Polska to nie Ty, nie Kaczyński, nie żadne partyjne slogany. Ale zrobiłeś wszystko, bym zrozumiał, że tu już nie wrócę.
Pamiętam dobrze pierwsze lata na emigracji. Jak naiwne były moje wyobrażenia, że to tylko chwilowe. Planowałem, że dzieci skończą szkołę i wtedy wrócimy. Później tę samą śpiewkę powtarzałem sobie, gdy zaczęły chodzić na studia. A teraz? Córki tu wyrosły i wzrosły. Tu pracują, kończą studia, tu w końcu są daleko od absurdów codzienności Polski pod Twoimi rządami.
Może to nie wina Polski, może to moja wina. Może to wina takich jak Ty, Donek. Ludzi, którzy mówią o Ojczyźnie, ale myślą o Berlinie. Którzy budują mosty, ale tylko dla swoich. Którzy widzą w nas, emigrantach, jedynie liczby – przelewy, głosy, remanenty. Dla mnie Polska to było i jest coś więcej. A dla Ciebie?
Dlatego, Donek, z głębi serca:
A pies cię …ebał.

Zostaw komentarz