Żeby nie poruszać się wyłącznie wśród dobrej sztuki filmowej, obejrzałam „Melanię” Bretta Ratnera. Oczywiście nie sama, sama bym wytrzymała 5 minut. Kontekst jest taki, że sfinansował to dzieło Jeff Bezos, który wywalił też ogromne fundusze na jego reklamę. Można je obejrzeć na Amazon Prime, będącym własnością tegoż Bezosa. Rzekomy dokument został sfilmowany najlepszym sprzętem, ale gdyby był telefonem z ręki, nie miałby mniejszej wartości. Zacząć warto od tego, że od początku do końca nic się nie dzieje. Melania Trump przymierza sukienkę, kapelusz i płaszcz, w jakich ma wystąpić na zaprzysiężeniu swojego męża w 2025 roku. Jest to zagrane przez nią tak źle, że bolą zęby od oglądania. Co pewien czas mamy wygłaszany przez nią komentarz z offu. Jest to Basic English z wyraźnym wschodnim akcentem, w którym deklamuje nieskładne komunały. Mówi na przykład, że matka nauczyła ją oddania pracy i ona jest oddana swojej pracy. A widzimy, że nic nie robi! Dobiera ubrania, kolor zaproszeń i serwetki, już wstępnie dobrane, po czym twierdzi, że to wszystko „zaprojektowała”. Wokół niej uwijają się zestresowani ludzie, którzy coś tam deklamują o jej wspaniałości. Najczęstszy obraz filmu to widok z samochodu na samochody jadące przed nim. Melania jedzie tak ze dwadzieścia razy, na ogół z mężem. Dużo jest zbliżeń na jej stopy w niebotycznych szpilkach. Dla fetyszystów stóp ciekawe, dla innych równie nudne jak widok na jadące samochody. Jest też wsiadanie do samolotów i wysiadanie, dużo razy. Twarz Melanii nic nie wyraża, bo jest nie tylko naciągnięta, ale też pomalowana czymś w rodzaju przeciekającego czarnego flamastra. Na szczęście jej zęby są fluorescencyjnie białe, to przywraca równowagę. Ciuchy Melanii dobrze na niej leżą i mają ciekawe wzory. Jest to jedyny pozytywny aspekt estetyczny filmu. Poza tym wszystko tonie w złocie, a zły gust aż krzyczy „wszędzie tu jestem!”. Gdzieś od połowy film przestaje być o Melanii, a zaczyna o jej mężu. Zapowiada on, że jego prezydentura będzie się opierać na trosce o pokój. Melania z kolei troszczy się o dzieci. Za dużo siedzą w smartfonach. To że są zabijane przez sojuszniczy kraj lub zwyczajnie nie mają opieki zdrowotnej we własnym, jakoś nie przebija się do do jej mowy-trawy. Wyraża kult poległych żołnierzy, w którym w ogóle nie wiadomo, o kogo chodzi i dlaczego poległ. Twierdzi, że imigranci są mile widziani w Ameryce Trumpa. Ileś razy idąc z nim pod rękę, musi biedna wysłuchiwać jego żenujących żartów i rozciągać usta w uśmiechu. Jeszcze gorzej mają tłumy ludzi z obsługi, którym nie wystarczy uśmiech, oni muszą się posłusznie śmiać, z dźwiękiem. Parę razy kamera spoczywa na ich synu Barronie, o którym Melania mówi do Donalda „tak bardzo go kocham! Jest tak niezwykle zdolny”. Naturalność sięga zenitu. Uruchamiają się też rozważania, jak bardzo zdemoralizowany musi być ten wysoki młodzieniec, już zaprzyjaźniony z braćmi Tate. Myśli szybują do wyspy Epsteina, na której i mama i tata Barrona dużo bywali. Mama oczywiście z oddania pracy w modelingu, tata zapewne z troski o Amerykę. Kuriozalna jest też oprawa muzyczna tego dzieła. Śpiewa Aretha Franklin, Boney M., słyszymy Bolero Ravela i romantyczne utwory żałobne. Dwa razy słychać Michaela Jacksona, raz Melania go nuci. To znak, że Bezos postanowił zarobić na jego historii i pośmiertny cancel się zakończył. Utwory muzyczne potwornie się ze sobą gryzą, jak również gryzą się z obrazem. Kilka razy słyszymy, że trudno odnaleźć wewnętrzny spokój, gdy tyle się dzieje – podczas gdy nic się nie dzieje – ale Melania potrafi to zrobić. Nauczyli ją tego rodzice, podobnie jak oddanej miłości, a poza tym jeszcze sama się tego nauczyła. Myślę, że film może konkurować w beznadziei z „Obywatelem Vigilante” Uwe Bolla, choć niemiecki reżyser akurat nie ma w swoim bio wyspy Epsteina i oskarżeń o molestowanie, jak Ratner. „Melania” to mój absolutny faworyt w konkurencji na krindż roku. Po prostu nie chce się wierzyć, że takie coś zostało nakręcone i to nie jako demaskacja. Dodam, że przeżyłam jedną chwilę grozy, gdy Melania i Donald idą po zakończonych uroczystościach do jakiegoś ociekającego złotem budynku. Bałam się, że czeka ich łóżko nowożeńców, zasypane różami, ale na szczęście do tego nie doszło.

Autor: Dr Katarzyna Szumlewicz
Doktor pedagogiki, magister filozofii, adiunkt na Wydziale Społecznych Nauk Stosowanych i Resocjalizacji Uniwersytetu WarszawskiegoPedagożka i filozofka. W WSNSiR pracuje na stanowisku adiunkta. Badania Katarzyny Szumlewicz dotyczą teorii wychowania i są poświęcone przede wszystkim zagadnieniu emancypacji społecznej. Analizuje też literaturę piękną.