Kiedy Donald Trump mówi, że „całe państwo można wyłączyć w jedną noc”, wielu odbiera to jako typową polityczną przechwałkę. W rzeczywistości jednak to zdanie opisuje pewną doktrynę współczesnej wojny. Nie chodzi o metaforyczny przycisk gaszący światło w całym kraju, lecz o uderzenie w infrastrukturę, która utrzymuje państwo przy życiu.
Każde nowoczesne państwo opiera się na kilku kluczowych systemach: energii elektrycznej, sieci przesyłowej, transporcie, łączności i logistyce. Jeśli jednocześnie uderzy się w elektrownie, stacje transformatorowe, mosty, węzły kolejowe, rafinerie oraz centra dowodzenia, państwo zaczyna się zatrzymywać. Fabryki stają, transport przestaje działać, banki tracą łączność, a wojsko ma ogromne problemy z logistyką.
I właśnie tutaj widać zasadniczą różnicę między potencjałem militarnym Stanów Zjednoczonych a możliwościami Iranu.
Amerykańska armia posiada narzędzia zaprojektowane dokładnie do takich operacji. Trzon takiego uderzenia stanowiłyby bombowce strategiczne, przede wszystkim Northrop B-2 Spirit oraz Boeing B-52 Stratofortress. Pierwszy z nich to maszyna stealth zdolna do przenikania przez obronę przeciwlotniczą i uderzania w najbardziej chronione cele. Drugi to legendarny bombowiec zdolny do przenoszenia ogromnej liczby pocisków manewrujących.
Towarzyszyłoby im lotnictwo taktyczne: Lockheed Martin F-35 Lightning II oraz Lockheed Martin F-22 Raptor. Samoloty te służą do przełamywania obrony powietrznej, niszczenia radarów i systemów przeciwlotniczych przeciwnika. Gdy obrona zostaje oślepiona, kolejne fale uderzeniowe mogą działać praktycznie bez przeszkód.
Do tego dochodzi potężny arsenał rakietowy. Okręty i okręty podwodne amerykańskiej marynarki mogą wystrzeliwać pociski manewrujące BGM-109 Tomahawk, które lecą setki kilometrów bardzo nisko nad ziemią i trafiają w cele z ogromną precyzją. W jednej operacji można użyć dziesiątek lub setek takich pocisków, uderzających jednocześnie w elektrownie, stacje transformatorowe czy centra dowodzenia.
Lotnictwo dysponuje także nowoczesnymi pociskami powietrze-ziemia, takimi jak AGM-158 JASSM, przeznaczonymi do niszczenia silnie chronionych obiektów infrastrukturalnych z dużej odległości.
Tego typu uderzenie wspierane jest przez systemy rozpoznania i dowodzenia. Kluczową rolę odgrywają samoloty wczesnego ostrzegania Boeing E-3 Sentry, które kontrolują przestrzeń powietrzną, oraz satelitarne systemy rozpoznania pozwalające wskazywać cele z ogromną dokładnością.
Nie można też zapominać o sile amerykańskiej floty. Grupy lotniskowcowe z okrętami takimi jak USS Gerald R. Ford czy USS Nimitz są w praktyce pływającymi bazami lotniczymi, zdolnymi prowadzić operacje bojowe przez wiele tygodni bez potrzeby korzystania z lądowych baz.
Gdy spojrzy się na to wszystko razem, widać skalę przewagi technologicznej. Współczesna doktryna wojskowa zakłada tzw. uderzenie paraliżujące: setki precyzyjnych uderzeń w ciągu pierwszych godzin konfliktu, które niszczą najważniejsze elementy infrastruktury przeciwnika.
Świat zobaczył już podobny scenariusz w czasie wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku. W pierwszych dniach operacji infrastruktura energetyczna i komunikacyjna Iraku została w dużej mierze sparaliżowana.
Czy coś podobnego mogłoby spotkać Iran? W sensie militarnym odpowiedź brzmi: tak, jest to możliwe. Zmasowane bombardowanie elektrowni, mostów, rafinerii i węzłów transportowych mogłoby w krótkim czasie doprowadzić do poważnego paraliżu państwa.
Czy jednak taki scenariusz zostanie zrealizowany, to już zupełnie inne pytanie. Współczesne wojny rzadko ograniczają się do jednego uderzenia, a każda tak poważna operacja niesie za sobą ryzyko ogromnej eskalacji.
Jedno pozostaje jednak faktem: skala technologicznej i militarnej przewagi Stanów Zjednoczonych sprawia, że scenariusz „wyłączenia” infrastruktury państwa przeciwnika nie jest fantazją polityczną, lecz realną możliwością współczesnej wojny. Dzisiaj mija termin ultimatum , które Trump postawił Iranowi.
Zostaw komentarz