Wczoraj Sejm dokonał wyboru, który wielu Polaków odbiera jako policzek dla pamięci historycznej i zdrowego rozsądku. Włodzimierz Czarzasty, wieloletni działacz PZPR, człowiek uwikłany w najciemniejsze karty III RP, został wybrany na marszałka Sejmu. 236 głosów „za” przy 209 „przeciw” – to wynik, który pokazuje, jak daleko posunęła się koalicja rządząca w realizowaniu swoich partykularnych interesów kosztem godności drugiego najwyższego urzędu w państwie.
To nie jest zwykła rotacja zgodna z umową koalicyjną. To symboliczny powrót postkomunistycznych elit do centrum władzy po zaledwie 20 latach przerwy. Ostatnim lewicowym marszałkiem był Włodzimierz Cimoszewicz w 2005 roku – dziś jego polityczny następca, wychowanek PRL-owskiego aparatu, zasiada w fotelu, który powinien być zarezerwowany dla osób bez skazy komunistycznej przeszłości.
Komunistyczna przeszłość, która nie chce odejść
Włodzimierz Czarzasty nie ukrywa swojej biografii. W latach 80. był aktywnym działaczem Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej i PZPR. Po 1989 roku płynnie przeszedł do SdRP i SLD, gdzie budował karierę na fundamencie postkomunistycznych układów. Był sekretarzem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w czasie afery Rywina – jednej z największych korupcyjnych patologii III RP. Komisja śledcza ds. Rywina ujawniła, jak „grupa trzymająca władzę” manipulowała mediami i prawem dla własnych korzyści. Czarzasty był w samym środku tego bagna, choć formalnie uniknął odpowiedzialności karnej.
Dziś ten sam człowiek ma stać na straży regulaminu Sejmu i godności izby. Trudno o większy cynizm.
Opinia publicznej mówi „nie”
Sondaże przed wyborem były jednoznaczne: 55 proc. Polaków nie chciało Czarzastego na marszałku Sejmu (badanie Pollster dla „Super Expressu”). Nawet w obrębie koalicji rządzącej nie wszyscy zagłosowali „za” – posłanka Polski 2050 Agnieszka Buczyńska otwarcie zagłosowała przeciw, powołując się właśnie na komunistyczną przeszłość kandydata. Inni wstrzymali się od głosu. To pokazuje pęknięcia w obozie władzy, które Czarzasty będzie musiał zasypać… lojalnością wobec Donalda Tuska i reszty układu.
Powrót „zamrażarki sejmowej” i partyjnej dyscypliny
Już słychać, że nowy marszałek zamierza odejść od zasady Szymona Hołowni, który nadawał bieg wszystkim projektom poselskim spełniającym wymogi formalne. Czarzasty otwarcie zapowiada powrót do praktyki „zamrażarki” – blokowania inicjatyw opozycji i prezydenta. W czasach, gdy koalicja rządząca ma problemy z własną spójnością, taki marszałek będzie idealnym narzędziem do tłumienia niewygodnych projektów – od zaostrzenia prawa aborcyjnego po rzeczywiste rozliczenia rządów PO.
Szymon Hołownia, mimo wszystkich swoich wad, wprowadził do Sejmu powiew świeżości i bezstronności. Pod jego przewodnictwem obrady stały się bardziej przejrzyste, a opozycja miała realną szansę na zgłoszenie projektów. Czarzasty już zapowiada, że będzie „twardym, lojalnym i przewidywalnym elementem koalicji”. Tłumacząc na język polski: będzie partyjnym funkcjonariuszem, a nie strażnikiem parlamentarnych reguł.
Symboliczny upadek
Obrady Sejmu. Kiedy posłowie PiS i Konfederacji krzyczeli „precz z komuną!”, a potem opuścili salę – nie było to jedynie teatralne przedstawienie. To autentyczny protest przeciwko obsadzaniu jednego z najwyższych urzędów państwowych człowiekiem, którego korzenie tkwią w systemie, który zniewalał Polskę przez dekady. Niestety, koalicja Tuska uznała, że umowy partyjne są ważniejsze niż pamięć historyczna i opinia publiczna.
Włodzimierz Czarzasty jako marszałek to nie tylko osobista porażka moralna. To sygnał, że w Polsce anno domini 2025 postkomunistyczne elity wciąż mają się doskonale i mogą wracać na salony bez żadnej refleksji. To także ostrzeżenie – jeśli nie zatrzymamy tego trendu, za kilka lat możemy obudzić się w rzeczywistości, w której PRL 2.0 nie jest już tylko memem, ale faktem.
Polacy zasługują na lepszy Sejm i lepszego marszałka. Wybór Czarzastego to krok wstecz. Krok, którego konsekwencje będziemy odczuwać przez całą drugą połowę kadencji.
Zostaw komentarz