Czytam w mediach, że znów Komisja Europejska „zasili” Polskę kolejnymi miliardami złotych z KPO. „Komisja Europejska 19 listopada 2025 roku dała ostateczną zgodę na wypłatę Polsce trzeciej transzy pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy. Chodzi o 6 miliardów 200 milionów euro, czyli 26 miliardów złotych” – informuje brukselska korespondentka Polskiego Radia Beata Płomecka. Inne media w podobnym, entuzjastycznym tonie donoszą o „kolejnych miliardach dla Polski”.

Dopiero półgębkiem dodaje się, że część tej kwoty to pożyczki, a reszta to dotacje finansowane z kredytów, które Unia Europejska zaciągnęła na sfinansowanie całej operacji. Innymi słowy: do historycznego już zadłużenia Polski dokładamy nowe. Raz wprost – biorąc „preferencyjne” kredyty, które trzeba będzie spłacić – a drugi raz pośrednio, współuczestnicząc w spłacie długu zaciągniętego przez Komisję Europejską, za który przecież poręczyliśmy. Przypomnijmy: KE nie ma pieniędzy spadających z nieba. Ma tylko worek, do którego wpłacają państwa członkowskie, w tym także Polska.

Ta radość z kolejnych miliardów brzmi znajomo. Gdyby ten felieton miał być naprawdę „na czasie”, powinien powstać gdzieś pomiędzy trzecią falą pandemii a pierwszymi konferencjami o „historycznej szansie” i „miliardach z KPO”. Teraz, kiedy go piszę, pandemia siedzi już w podręcznikach i statystykach, a Krajowy Plan Odbudowy zaczyna przypominać bardziej plan obsługi długu niż odbudowy czegokolwiek. Wiem, to musztarda po obiedzie. Tylko że za tę musztardę wciąż płacimy, a rachunek dopiero zaczyna krążyć po sali.

W teorii wszystko wyglądało pięknie. Po wielkim wstrząsie mamy się wspólnie dźwignąć. Nie jakieś tam drobne fundusze strukturalne, nie poprawianie poboczy i elewacji, ale prawdziwy zastrzyk energii po pandemii. Zasada prosta jak chłopska logika po powodzi: jak woda zabierze stodołę, pomoc ma sens tydzień po zejściu wody. Jak przychodzi po trzech latach, to albo nie ma już gospodarstwa, albo jest ono tak zadłużone i przetrzebione, że nowa stodoła staje się tylko kolejnym ciężarem. Z KPO jest podobnie. Tyle że skalę mamy nie w hektarach, akrach czy morgach, tylko w miliardach euro.

Żeby to lepiej zrozumieć, warto na chwilę przenieść się za ocean i o jakieś dwa wieki wstecz. Stany Zjednoczone nie stały się państwem w momencie, gdy ktoś odczytał uroczyście dokument pod dumną nazwą Deklaracja Niepodległości. To był piękny gest, ale bardziej po stronie literatury niż księgowości. Prawdziwy moment założycielski przyszedł wtedy, kiedy Alexander Hamilton wymyślił, że długi poszczególnych stanów trzeba wrzucić do jednego worka i zrobić z nich dług całej Unii.

Pomysł był brutalnie prosty. Macie swoje długi, każdy po swojemu, każdy obrażony na sąsiada, każdy ze swoją pamięcią krzywd. Od dziś to wszystko staje się naszym wspólnym, federalnym długiem. W zamian oddajecie kawał swojej finansowej suwerenności. Krótko mówiąc: albo wspólny dług i twardsza Unia, albo z powrotem luźna konfederacja, która rozpadnie się przy pierwszym większym kryzysie. Mało romantyczne, bardzo mało „ojcowsko-założycielskie”, za to skuteczne. Państwo na serio zaczyna się tam, gdzie ktoś bierze odpowiedzialność za cudzy dług.

I teraz spójrzmy na naszą współczesną Europę. Wspólny rynek, wspólne przepisy, wspólne wartości, a jak przychodzi co do czego, to każdy nadal zasadniczo dłubie w swoim budżecie i pilnuje własnych wskaźników. Pandemia okazała się doskonałym pretekstem, żeby zrobić krok w stronę czegoś na kształt hamiltonowskiego triku, tylko po europejsku. Nie tak brutalnie, nie tak wprost, za to z odpowiednią warstwą górnolotnych słów: solidarność, odbudowa, zielona transformacja, cyfrowa rewolucja. I gdzieś pośrodku tego wszystkiego pojawia się KPO. Komisja Europejska bierze wspólny dług, żyrowany przez suwerenne (jeszcze) państwa członkowskie, które będą go latami spłacać. Zaś dotacje popłyną w dół, w stronę tych, którzy potrafią złożyć odpowiedni wniosek, zdobyć odpowiednią pieczątkę i być we właściwym kręgu zaufania. Konstrukcja znana od dawna: wspólne płacenie, selektywne korzystanie.

Tu dochodzimy do pierwszego „przekrętu”. Nie w sensie kryminalnym, tylko na poziomie mentalnym. Ludziom sprzedaje się KPO jako coś w rodzaju nagrody w totka, który wygraliśmy, bo jesteśmy w Unii. „Pieniądze z KPO” brzmią jak worek złota, który spadł nam z nieba. Ludzie bezkrytyczni kupują to natychmiast. No patrz pan, jaka ta Unia jest łaskawa, rozdaje pieniądze. Tymczasem mało kto głośno mówi, że w tle tej „dobroci” jest zwyczajna pożyczka, którą ktoś w naszym imieniu wziął, a my wszyscy będziemy ją spłacać. Tak, część środków może przynieść rozsądne efekty, ale nie to jest kluczem. Kluczem jest rozjechanie się opowieści z rzeczywistością: dotacje są natychmiastowe, dług rozmyty w czasie. Prezent jest dziś, rachunek przyjdzie jutro. I to jutro jest na tyle późno, że większości nie chce się o nim myśleć. Ważne tu i teraz!

Na tym tle polska historia z KPO to osobny występ kabaretowy, finansowany na kredyt. Nie „odkryję Ameryki”, bo wielokrotnie zrobili to inni, jeśli napiszę, że w momencie, kiedy pieniądze miałyby największy sens, czyli tuż po pandemicznym ciosie, dla KE były politycznie podejrzane. W Polsce nie rządzili „nasi”, więc każdy miliard im przekazany pachniał zdradą „wartości europejskich” i uległością wobec „populistów”. W tamtym czasie przedstawiany przez rząd RP plan odbudowy był oceniany jako zły i niedobry, niedotrzymujący standardów i w ogóle wymagający permanentnej poprawy.

Dopiero kiedy zmieniły się barwy na państwowych stołkach, KPO przeszło nagłą przemianę z trucizny w eliksir. To już nie były „pieniądze z warunkami”, tylko „historyczna szansa” i „dowód europejskiej solidarności”. Tyle że czas zrobił swoje. Firmy, którym rzeczywiście przydałaby się pomoc po pandemii, w dużej części zdążyły paść. Część ledwo wegetuje, podpięta do respiratorów w postaci kredytów i odroczonych zobowiązań. Wielu drobnych przedsiębiorców zmieniło branżę, zawiesiło działalność albo wyjechało, gdzie mniej przeszkadza w zarabianiu.

I nagle pojawia się u nas realna perspektywa dostępu do środków. Tylko że projekt, który miał ratować tych stratnych, zaczyna obrastać inną logiką. Skoro nie ma kogo ratować w pierwotnym sensie, trzeba przynajmniej mieć kogo wpisać w rubrykę „beneficjent”. Zaczyna się polowanie na „sztuki” – podmioty, projekty, przedsięwzięcia, które da się opakować w odpowiednią narrację. Niekoniecznie najbardziej potrzebne, ale takie, które przejdą przez sito procedur. Bo w papierach musi być widać, że „wydaliśmy”, „wdrożyliśmy” i „zrealizowaliśmy kamienie milowe”.

W tym miejscu, wśród faktycznie potrzebujących, wchodzą także nasi uprzywilejowani pośrednicy. Zna ich każdy system – potrafią opakować abstrakcyjną szansę w projekt z poręczną narracją: wysoka marża, niska odpowiedzialność. Tu się coś ociepli, tam zinformatyzuje, gdzie indziej postawi ścieżkę, której nikt specjalnie nie potrzebował, ale na wizualizacji wygląda świetnie. W Excelu stoi jak wół: projekt zrealizowany, środki zakontraktowane, wskaźniki odhaczone. Czy to komuś realnie odbuduje życie po pandemii, to już pytanie z innej kategorii. Kategoria nazywa się „rzeczywistość”, a ta w dokumentach przeważnie zajmuje krótszy akapit.

Drugi „przekręt” polega więc na tym, że pomoc nie przyszła „wtedy i tam”, gdzie była najbardziej potrzebna, tylko tam, gdzie dziś daje się ładnie opisać i zbilansować w tabelce. Pandemia była realna. Kryzys był realny. Upadłe firmy są realne. W dużej części nie istnieją już jako obszary, które da się „odbudować po covidzie”. KPO, zamiast być ratunkiem dla konkretnych ludzi, staje się wehikułem do zasilania również tych, którzy potrafią wpisać się w newralgiczne rubryki. Trochę to przypomina stawianie nowych latarni na ulicy, której nie ma.

Przykłady? Proszę bardzo – wystarczy zapytać asystenta AI albo wujka Google’a. Tych przykładów jest tyle, że bez trudu wypełniłyby połowę tego felietonu. Dlatego wracam do rachunku. Bo na mielenie już przemielonego „szkoda czasu i atłasu”, jak rzekł kiedyś imć król Stanisław August.

Ktoś powie: przesadzasz, przecież są i będą też projekty sensowne. Oczywiście, że będą. Zawsze są. Świat nie jest czarno-biały. Oprócz przysłowiowych jachtów z KPO zapewne powstanie dużo rzeczy, które faktycznie poprawią jakość życia, skrócą czas dojazdu, ograniczą smog albo usprawnią usługi publiczne. Problem w tym, że całość konstrukcji opiera się nie na pytaniu „co jest najbardziej potrzebne”, tylko „co się kwalifikuje i da sprzedać jako sukces”. I tu właśnie wchodzi trzeci „przekręt”: na relacji władzy z obywatelem.

Bo ludzie patrzą. Wbrew pozorom, „ciemny lud” nie jest tak ciemny, jak by chcieli niektórzy scenarzyści. Patrzy na te projekty, konferencje, prezentacje i zamiast wściekłości coraz częściej pojawia się śmiech. Nie taki zdrowy, od serca, tylko trochę gorzki. Taki, który mówi: skoro i tak mamy to spłacać, to przynajmniej pośmiejmy się z tego teatru. A jak się poddani zaczynają śmiać z obciążeń, to nie są przelewki dla żadnej władzy. Już dawni królowie wiedzieli, że z gniewem można jeszcze negocjować. Ze śmiechem – nie bardzo. Gniew jest groźny, ale poważny. Śmiech robi z majestatu widowisko. A od widowiska do fasady droga jest bardzo krótka.

To trochę jak w karczmie po weselu. Jeden zamówił golonkę, drugi tylko herbatę, trzeci tańczył do rana i nic nie jadł. A gdy przychodzi rachunek, gospodarz mówi: płacimy po równo, bo tak jest sprawiedliwie. I choć jedni czują się oszukani, inni zadowoleni, wszyscy wychodzą z przekonaniem, że zapłacili za coś, co niekoniecznie było ich ucztą.

Można więc zaryzykować tezę, że KPO w polskim wydaniu to trzykrotny „przekręt”. Najpierw na czasie: pomoc przyszła wtedy, gdy sens zdążył wywietrzeć. Potem na logice: pożyczka została sprzedana jako dar losu. Wreszcie na godności poddanych, którym pozostawiono rolę widowni, a nie współgospodarzy. Tymczasem gdzieś w tle pobrzmiewa echo tamtego starego, amerykańskiego doświadczenia. USA stały się państwem na serio wtedy, gdy potrafiły głośno powiedzieć: to jest nasz wspólny dług i nasza wspólna odpowiedzialność. Bez ozdobników, bez udawania, że ktoś coś wygrał.

Unia poszła inną drogą. Woli mówić o wspólnych dotacjach, a o wspólnym długu raczej półgłosem. Państwa członkowskie chętnie chwalą się tym, co „załatwiły”, mniej chętnie opowiadają, kto za to w dłuższej perspektywie zapłaci. A obywatele? Obywatele mają zaciskać pasa i wierzyć, że wszystko zostało dobrze policzone. Tyle że historia lubi ironię. Najpierw rozdaje złudzenia, potem rachunki. I może się jeszcze okazać, że prawdziwa „odbudowa” będzie polegała nie na wydaniu wszystkich euro co do centa, tylko na odzyskaniu elementarnego zaufania między górą a dołem.

Jeśli ma to być prawdziwa odbudowa, potrzebna jest nie tylko narracja, lecz także mechanika rozliczalności: jawność list beneficjentów i projektów, obowiązkowa niezależna ewaluacja ex post oraz lokalne mechanizmy rozliczeń, które połączą finansowanie z realnymi efektami w terenie. Bez takich instrumentów KPO pozostanie teatrem sukcesów, których koszt zapłacimy wszyscy.

Na razie zostaje nam musztarda po obiedzie. Możemy ją zignorować, możemy się nią oburzać, możemy też spróbować uważniej przyjrzeć się rachunkowi, zanim trafi na kolejne pokolenia. Bo jeśli już mamy wspólny dług, to wypadałoby przynajmniej wiedzieć, co naprawdę było w menu.

Prawda?

Zbigniew Grzyb
———————

Felieton z serii „PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄”

———————–