Są w życiu publicznym takie postaci, które z czasem nie tyle zmieniają poglądy, ile zmieniają gatunek. Przechodzą z dramatu w farsę, z kultury w kabaret, z dyskusji w monolog teatralny. Joanna Szczepkowska zrobiła to z taką lekkością, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ona przypadkiem nie była w tym miejscu od zawsze.Jej ostatnie wpisy o prezydencie RP wyglądają mniej więcej jak połączenie manifestu, prywatnej terapii psychiatrycznej i relacji z pola bitwy, której nikt poza nią nie widział. Zaczyna od słów „ktoś o nazwisku Nawrocki”. Ktoś!
Jakby opisywała sąsiada, który wjechał jej w płot, a nie głowę państwa. To nie jest forma krytyki. To jest forma kompleksu przebranego za odwagę.Potem robi się już tylko ciekawiej.Według niej prezydent:szydzi z państwa,
niszczy służby,atakuje konstytucję,obraża świat wartości,a wszystko to robi, jakby specjalnie ją prowokował.
I człowiek czyta to i widzi, że ta narracja nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.
To jest emocjonalna mapa wszechświata zbudowana wyłącznie na własnym gniewie, nienawiści i innych małych instynktach.
Taka mapa, w której każde miasto nazywa się „Zamach na demokrację”, a każda ulica „Atak na wartości europejskie”.
Szczepkowska prowadzi swoją prywatną wojnę — wojna o moralność, o państwo prawa, o symbole, o konstytucję — tylko że w tej wojnie broni nie stanowią argumenty, ale pogarda i protekcjonalny ton artystki, która zapomniała, że teatr też ma reguły.
Najpiękniejsze jest jednak to, jak zapowiada swój udział w proteście pod Belwederem. Manifest w obronie szacunku — po wpisie bez cienia szacunku. Marsz za tolerancją — po monologu pełnym pogardy i nienawiści.Teatr absurdu nie musi być wystawiany.
On dzieje się sam.Bo ostatecznie nie chodzi o to, co Szczepkowska bredzi.
Chodzi o to, że ona naprawdę wierzy, że krzycząc głośniej — stanie się mądrzejsza.
Że obrażając — stanie się autorytetem.
Że drwiąc — podniesie siebie, nie widząc, że jedyne, co podnosi, to kurz.
A świat idzie dalej.
Służby pracują, państwo funkcjonuje, prezydent wykonuje swoje obowiązki.
Tylko ona wciąż stoi na scenie, w świetle dawno zgasłego reflektora, grając rolę, której nikt już nie ogląda.
I może tu właśnie jest największy paradoks:
nie prezydent ośmiesza urząd, ale aktorka — własnym językiem — ośmiesza siebie.
A historia ma jedną starą zasadę:
kiedy ktoś myli własne emocje z prawdą, to prawda nie upada — upada tylko człowiek.Bo brak kultury nie jest „odwagą”, a wulgaryzm „szczerością”, a agresja nie jest „misją artystycznaą”. Nie. To po prostu zwykłe chamstwo, które trzeba nazywać po imieniu i odsuwać od siebie jak dym z kiepskiego ogniska — machnięciem ręki.