Człowiek już nie jest niesiony. Zostaje położony. Nie na chwilę. Nie po to, żeby odpocząć. Po to, żeby zostać. Ciało układa się spokojnie, jakby ciężar, który wcześniej ciążył, znalazł wreszcie swoje miejsce. Nie ma już ruchu, który trzeba zatrzymać. Nie ma oddechu, który się urywa. Jest cisza, która nie boli, tylko zamyka.

Zostaje złożone. Delikatnie, uważnie, jakby każdy, kto dotyka tego ciała, wiedział, że to ostatni raz. Że nie będzie już następnego ruchu, który można poprawić. I dlatego każdy gest jest ostateczny. A jednak coś tu nie jest domknięte. Kamień stoi z boku. Nie zamyka. Nie pilnuje. Jakby jeszcze nie wiedział, czy będzie potrzebny. Jakby to, co ma przykryć, nie należało już tylko do niego.

Ciało spoczywa w cieniu. Spokojne. Dopełnione. Nie jako pokonane. Nie jako porzucone. Jako takie, które przeszło drogę do końca i niczego już nie musi. Nie musi się podnosić. Nie musi oddychać. Nie musi walczyć. I właśnie dlatego może spocząć.

A nad nim otwiera się przestrzeń. Nie ciemna. Nie zamknięta. Daleka. Jakby to, co było ciałem, nie kończyło się tam, gdzie zostało złożone. Jakby to, co najważniejsze, już nie należało do ciężaru, który można przykryć kamieniem. Wyżej – niebo. Ciche. Nienaruszone. Jakby nic się nie stało. Albo jakby wszystko już się stało.

A obok trwa ktoś jeszcze. Postać z trąbą, uniesioną, ale milczącą. Jakby dźwięk był już gotowy, ale jeszcze nie nadszedł czas, żeby go wypowiedzieć. Jakby cisza musiała dopełnić się do końca, zanim cokolwiek zabrzmi. Druga postać pozostaje przy ciele. Nie odchodzi. Nie zamyka. Jest. I to „bycie” jest ostatnim, co zostaje człowiekowi wobec drugiego człowieka. Bo tu już nic więcej zrobić nie można. Nie można cofnąć. Nie można naprawić. Nie można zatrzymać. Można tylko być. I pozwolić, żeby ciało zostało złożone.

I wtedy widać coś jeszcze. Że to, co raniło, nie znika. Zostaje – ale już inaczej. Że ciało, które było tak bardzo odarte, tak bardzo przybite, tak bardzo wystawione, nie jest już znakiem klęski. Jest znakiem, który trzeba przyjąć. Nie zrozumieć. Nie wytłumaczyć. Przyjąć.

Bo Stacja XIII była o tym, że człowiek zostaje wzięty w ramiona. A Stacja XIV jest o tym, że człowiek zostaje oddany – tam, gdzie nikt już nie może go podtrzymać.

I zaczyna się cisza. Nie taka, która kończy. Taka, która czeka. Taka, która niesie nadzieję.

Zbigniew Grzyb