Jest coś pierwotnego z zbieraniu grzybów co łączny nas z naszymi, dawnymi przodkami sprzed tysięcy lat, to poszukiwanie żywności w lasach. Nie tylko grzybów, ale i jagód, ziół, miodu. Chodząc na grzyby czuję to samo co tamci, pierwsi ludzie z gatunku Homo Sapiens.

Od dzieciństwa lubiłem chodzić na grzyby.

To ojciec zaszczepił mi tę pasję.
Wędrowałem z nim, kilkuletni gzub, do polanowskich lasów.
Jeszcze wtedy one były zdrowe więc znajdowaliśmy nawet rydze, pod świerczkami i na podmokłych polanach.

Ojciec zawsze mi powtarzał jak odróżnić rydza od mleczaka, musiał sinieć po zerwaniu. No i kolor miał bardziej ceglasty.

Potem były wyprawy do Kujania, a nawet w Bory Tucholskie, pod Chojnice aż.

Tam to, w dębowych borach, polowaliśmy na prawdziwki, a w brzozowych gajach, na koźlarze.
Pamiętam taki rok, że było ich tyle, że zabrakło nam koszy na grzyby więc zbieraliśmy w ortalionowe kurtki.
Po przyjeździe do domu, wypełniły małą wanienkę.

Na babcię Marysię spadało ich oczyszczenie, a robota była żmudna i niewdzięczna bo pod koniec jej palce były lepkie i brudne od tego.

Potem, jedne nanizała na cienki sznurek i wieszała nad piecem węglowym.
Inne, mniejsze, dawała do słoików z zaprawą octową lub estragonową.
Jeszcze inne, jak już pojawiła się lodówka, mroziła.
Podawała zimą, w sosie do mięs lub pyz albo placków ziemniaczanych.

Oczywiście, rezultat grzybobrania był ważny, ale jeszcze bardziej fascynowało mnie samo ich zbieranie.

Wypatrzenie pod drzewem, we mchu, na polanie kolorowych, jadalnych łebków grzybów, których znalezienie komunikowaliśmy sobie z ojcem i siostrą donośnym okrzykiem – „Mam prawdziwka”, „A ja zduna”.
Ale i tak ojciec nas zawsze przebijał liczbą.
Nie wiem jak to robił, ale pod koniec miał ich tyle, co my oboje.

To była i jest do dziś największa frajda.

Łażenie sobie niespiesznie po lesie i wypatrywanie potencjalnego suszu do zupy grzybowej lub małych maślaczków, do octu.

Podsłuchiwanie co mówi do mnie las i czego ode mnie chce.

Zdjęcie archiwalne, grzybobranie z rowerem