Wiele lat temu uciekliśmy z Warszawy na wieś. Do Sadowej blisko Łomianek. Na skraju Puszczy Kampinoskiej, a właściwie, w jej granicach. I gdyby ktoś mi zaproponował przeprowadzkę do apartamentu w Warszawie, musiałby mi sporo zapłacić.

Nienawidzę dużych aglomeracji i to mnie łączy z Mongołami i Gandhim.
Z tym, że oni je burzyli, ja do nich nie jeżdżę.
Chyba, że do lekarza.

Odstręczają mnie smród spalin, hałas i gigantyczne korki oraz tłumy ludzkie, pędzące w każdą możliwą stroną.

Tam czuję się jak anonimowy trybik w gigantycznej machinie.

Na wsi, jestem „panem na włościach”.

Mam swój kawałek ogrodu, ptaki rajcujące od rana do nocy.
A od wiosny do jesieni, za oknem, zieloną ścianę lasu.
Dęby, brzozy, topole, wiązy itd.

A zaraz za domem, na leśnych polanach, kobierce kwiatów.
Przylaszczek, kocanek, żmijowców, fiołków i anemonów czyli zawilców.

Wokół, dobrych sąsiadów, na których sąsiedzką pomoc mogę liczyć i pogaduchy przy płocie, które stały się już naszym rytuałem.
Czasami, „skapnie” mi nawet kawałek ciasta upichconego przez sąsiadki.

U nas czas płynie wolniej jak w mieście.

Każdą porę roku odczuwa się namacalnie bo przyroda wręcz wlewa się w oczy zmieniającymi się barwami, a uszy wypełniają się jej śpiewem.

Niekiedy, nawet gdy jeszcze zawodowo pracowałem, szedłem na taras, kładłem się na ciepłych deskach plecami i gapiłem się w niebo.

Moją ulubiona zabawą było wybieranie sobie jakiejś chmury i śledzenie jej wzrokiem, aż się rozpłynie lub połączy z inną.

Już po kilku minutach obserwacji, następowało totalne wyciszenie.
Słyszałem tylko bicie swego serca, śpiew ptaków i dalekie odgłosy wsi, jakbym na uszy nałożył słuchawki.

Na moim skrawku ziemi mogę też robić co chcę.

Oczywiście w granicach rozsądku i dbałości o komfort sąsiadów.
Nikt mi nie zwróci uwagi, że depczę trawnik lub palę ognisko.
Nie ma reguł zachowania ustalonych przez wspólnotę mieszkańców czy pijackich, głośnych orgii u sąsiada obok.
Reguły są, ale jakby same z siebie, wynikające z troski o dobrostan sąsiadów.
Niepisane, bo i po co.

I gdy kiedyś, ktoś ze znajomych mnie spytał, gdzie się wybieram na majówkę lub długi weekend, odpowiedziałem – „nigdzie”.

Bo wszystko mam u siebie.

Zbór lawendy z mojego ogrodu