Nie dziwi mnie to zupełnie.

Za czasów pracy w portalu analizowałem możliwości „wejścia firmy” w serwis randkowy. Portal miał wówczas nadal silny czat, który z czasem również zaczął tracić użytkowników. To nie było miejsce spełniające oczekiwania większości ludzi „do randkowania”.

Rynek szybko nasycił się propozycjami randkowania przez Internet i nie miało sensu inwestować w kolejną aplikację czy witrynę. Obserwowałem jednak, jak to się zmieniało.

Sam poznałem żonę przez Internet, kiedy ludzie jeszcze obawiali się wstawiać swoje zdjęcie do ogłoszenia, aby ktoś znajomy ich nie rozpoznał.

Z czasem doszliśmy do momentu, w którym „ekshibicjonizm” stał się powszechny, a na spotkaniach twarzą w twarz ludzie nie poznawali się przez filtry na zdjęciach, na których widzieli się wcześniej.

Dzięki rozbudowanej analityce dużo wiemy o zachowaniach użytkowników takich serwisów randkowych.

Kobiety w nich to „prawdziwy HIT”. Deklaracje rozmijają się z zachowaniami w aplikacjach randkowych.
Tam konkretnie widać po wyborach i poruszaniu się w aplikacji, że swoje poszukiwania zaczynają od „wysokiego, przystojnego bruneta”, a nie spokojnego, wiernego, kochającego Tomka spod Radomia. Może Tomek nie jest przystojny, ale za to oddany, ma warsztat i 5 hektarów po rodzicach.
Nic z tego. Zaczynają szukać od 185 cm wzrostu i niestety nie jest to żart.

Dalej jest już tylko gorzej. Kciuk w lewo (odrzucony, idę dalej), kciuk w prawo (akceptuję, może wrócę do profilu tego pana) – w przypadku kobiet wygląda to tak, że zaledwie kilka procent mężczyzn z całości może liczyć, że znajdzie się w gronie tych, na których łaskawie zwrócono uwagę.

O ile w przypadku kobiet bardzo atrakcyjnych i inteligentnych można to sobie jakoś tłumaczyć, to niestety jest to zachowanie wszystkich kobiet (również brzydkich i tępych pokrak lub po prostu bardzo przeciętnych i zwykłych jak kajzerka w Biedronce).

Te młode mają swoje „pięć minut” i decyduje o tym po prostu biologia. Przebierają i „przesmradzają”, uważając, że mają mnóstwo czasu i skoro dziesięciu fajnych tylko w tym miesiącu chciało się z nimi umówić, to na bank setny będzie już księciem z bajki.

Tak działa hipergamia u kobiet, która w czasach, w jakich żyjemy, eksplodowała do rozmiarów patologicznych.

Za moich czasów pamiętam też koleżanki, które dodatkowo motywowane w domach przez rodziców – najwyraźniej z kompleksami czy wywalonym ego – patrzyły na „obietnicę” lepszego życia z kimś, kto wybierał się lub już był na studiach typu lekarz, inżynier, ekonomista, prawnik.

Chyba wszystkie są już po rozwodach albo tkwią w takich związkach na siłę z jakiegoś powodu: strachu przed samotnością, dzieci, wygody… wszystko jedno.
Chcę przez to powiedzieć tylko jedno: hipergamia była zawsze, ale teraz to już jakiś kosmos.

Różnica polega na tym, że kiedy ja byłem młody, zdecydowana większość z nas – chłopaków, mężczyzn – szukała kogoś bliskiego na stałe, na żonę.

Dziś szuka się relacji „na chwilę”: żeby spędzić czas, do łóżka, bez dalekosiężnych perspektyw. I przez to kobiety karmią się ogromną uwagą mężczyzn (choć to też się zmienia), co wywala im ego w kosmos, powoduje „przesmradzanie”, podbija roszczeniowość, ale nie idzie za tym nic, co traktuje je poważnie na dłużej.

Przystojni, z gadką, potrafiący się „sprzedać”, robiący wrażenie stabilnych, a jednocześnie pełnych przygód – mogą dziś mieć nieograniczoną liczbę kobiet dzięki dostępności przez Internet.

One, z wywalonym ego, sądzą, że przez swoją „zajebistość” złowiły najlepszego z aplikacji, a później okazuje się, że były lub są jedną z wielu, żeby nie było nudno w danym kwartale życia.

Natomiast Tomek – mechanik, uczciwy, pracowity, ale niezbyt urodziwy i oczytany, który nie pcha się do Warszawy czy Krakowa – zostaje z palcem w nosie. Nie ma nawet szans poznać kobiety, z którą mógłby założyć rodzinę i mieć dzieci. Dokładnie to widzimy dziś w demografii.
Kobiety zostały oszukane.

Oszukuje je przemysł kosmetyczny i odzieżowy – bo jak się umalują, widzą się tylko w tej wersji „zajebistości”. Życie jednak jest „bez tapety” i w gaciach po domu.

Oszukują je media, pokazując, że koleżanki były już na Karaibach, a ona – jak tylko znajdzie swojego lekarza – też tam będzie.
Oszukuje je system edukacji, wmawiając, że jak skończą wyższe studia, to będą niezależne do końca życia.
AI wkrótce pozbawi pracy większość właśnie kobiet z tymi „wartościowymi dyplomami”.

Oszukują je własne koleżanki, które same rozglądają się już za kotem za trzy tysiące złotych (bo dachowca nie wystawią na Insta, bo to źle wygląda). Wmawiają, że zasługuje na kogoś lepszego, że ten, którego poznała, pewnie ją zdradza, że chyba nie będzie taka głupia i nie przeprowadzi się pod Radom prać gaci Tomkowi po całym dniu pracy w warsztacie.

Będę wracał do powiedzenia, które kiedyś usłyszałem:
jeśli chcesz mieć męża generała, musisz wyjść za porucznika – i wspierać go, włożyć wysiłek, coś od siebie, aby został generałem. Ale to wymaga wysiłku. A większość ludzi – a szczególnie kobiet – tego nie chce i nie lubi. To również jest efekt hipergamii.

Kiedy kobieta decydowała się kiedyś na związek, wiązało się to z ryzykiem szybkiej ciąży i dzieci. Dziś jest antykoncepcja, aborcja – tyle „dobrego”, że można to kontrolować. Kiedyś nie było to możliwe i hipergamia krzyczała: jeśli już łapiesz kolesia, to takiego, który ogarnie wszystko, co potrzebne do utrzymania ciebie i dzieci.

Niestety „okienko zajebajności” kobiet jest bardzo krótkie i decyduje o tym biologia. Pretensje do Pana Boga, a nie do mężczyzn czy innych ludzi.

Problem polega na tym, że hipergamia u kobiet została dodatkowo wzmocniona przez czasy, w których żyjemy. Nie wystarczy już, że Tomek zadba o michę i rodzinę. Ma mieć 185 cm wzrostu, zabierać na wakacje, mieć wyższe wykształcenie, być zabawny, uważny, wierny itd.

Współczesny mężczyzna z takim zestawem cech, związany z jedną kobietą, jest jak Yeti – podobno istnieje, ktoś go widział, nawet zdjęcie zrobił.

Podsumowując.

Mamy coraz więcej rozczarowanych kobiet i mężczyzn, którzy żyją samotnie, bezdzietnie i nawet nie chce im się już sięgać po aplikacje randkowe, żeby kolejny raz się rozczarować, stracić czas i pieniądze albo wpakować się w małżeństwo, przez które stracą połowę warsztatu samochodowego, połowę domu po babci i 2,5 hektara po ojcu – jak nasz Tomek spod Radomia.

Autor: Diario