Są w Bieszczadach miejsca, które często mijamy wędrując do bardziej znanych atrakcji, nie zdając sobie sprawy, że tuż obok ukryta jest historia pełna dramatycznych wydarzeń.
Takim miejscem jest Hulskie.
Dzisiaj po dawnej wsi pozostały jedynie malownicze ruiny cerkwi i stary cmentarz, na którym czas zatrzymał się wiele dziesięcioleci temu. Wszystko znajduje się tuż obok drogi prowadzącej do Krywego. Tysiące turystów przemierza ten odcinek każdego roku, lecz niewielu zdaje sobie sprawę, że dosłownie kilka kroków od szutrowej drogi znajduje się miejsce, które jeszcze po II wojnie światowej było świadkiem walk, zasadzek i codziennej służby żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza. Sam przekonałem się o tym podczas rozmowy z przyjacielem mieszkającym w tej okolicy od urodzenia. Gdy wspomniałem mu, że w Hulskiem funkcjonowała strażnica WOP, Stwierdził że nigdy wcześniej o tym nie słyszał.
Strażnica WOP w Hulskiem powstała wiosną 1946 roku. Dowódcą placówki został porucznik Wacław Kasztelan, wydelegowany z Wołkowyi. Na miejscu nie czekały na niego gotowe koszary ani zaplecze logistyczne. Wszystko należało stworzyć od podstaw. Pierwsi żołnierze mieszkali w ziemiankach. Dopiero z czasem rozpoczęto budowę właściwej strażnicy. Własnymi siłami wznoszono drewniane budynki, kopano okopy, przygotowywano stanowiska obronne i rozciągano zasieki. Brakowało sprzętu, materiałów i ludzi, a deszczowa bieszczadzka pogoda często zamieniała plac budowy w grzęzawisko.
Mimo tych trudności strażnica stopniowo nabierała kształtu. Powstały budynki mieszkalne, kuchnia, magazyny i stajnia. Konie odgrywały niezwykle ważną rolę w terenie praktycznie pozbawionym dróg były często jedynym sposobem szybkiego przemieszczania się. Oprócz obowiązków związanych z budową i utrzymaniem placówki żołnierze niemal nieustannie patrolowali okoliczne lasy i brzegi Sanu. Mimo prowadzonych akcji przesiedleńczych sytuacja w regionie pozostawała bardzo trudna. W lasach nadal działały oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii, wykorzystując doskonałą znajomość terenu. W Hulskim doszło do jednej z najbardziej dramatycznych historii związanych z tym miejscem. Milicjanci zostali zwabieni w zasadzkę przygotowaną przez oddział banderowców operujący z rejonu Zatwarnicy. W nierównej walce ponieśli śmierć. Ruiny cerkwi w Hulskiem kryją jeszcze jedną tajemnice.
Według przekazów właśnie tutaj znajdowała się zakonspirowana skrytka wykorzystywana przez UPA do przechowywania broni i amunicji.
Wopiśći regularnie prowadzili patrole.
Podczas jednej z akcji natrafiono na uzbrojoną grupę banderowców. Doszło do krótkiej wymiany ognia. Jeden z członków UPA został zabity, pozostali zdołali wycofać się w las.
W okolicy Dźwiniacza odnaleziono zamaskowaną kryjówkę a w niej skład broni i amunicji. Jedna z najważniejszych operacji przeprowadzonych przez żołnierzy ze strażnicy była w okolicy Magury Stuposiańskiej.
Patrol zauważył ślady prowadzące do starannie zamaskowanego bunkra. Cały teren został szybko otoczony, aby uniemożliwić ucieczkę. Po rozpoczęciu szturmu doszło do krótkiej, gwałtownej walki w ciasnym wnętrzu. Dwóch członków UPA zostało obezwładnionych. Najcenniejszym znaleziskiem okazało się jednak nie uzbrojenie, lecz znajdujące się wewnątrz archiwum. W bunkrze odnaleziono dokumenty, mapy, listy, meldunki oraz zapiski dotyczące działalności oddziałów. Materiały te miały dużą wartość operacyjną i pozwalały lepiej poznać strukturę oraz sposób funkcjonowania zbrodniczego podziemia.
W kolejnych tygodniach przeprowadzono szeroko zakrojoną akcję w Beniowej. Przeszukiwano ruiny domów, piwnice, zarośla i okoliczne lasy. Choć nie doszło do bezpośredniego starcia, odnalezione ślady ognisk, porzucone przedmioty i wydeptane ścieżki świadczyły o niedawnej obecności band UPA. Bieszczadzka przyroda bywała równie bezlitosna. Podczas jednego z nocnych patroli żołnierz został ukąszony przez żmiję.
Po kilku latach strażnica zakończyła działalność. Dokładna data jej likwidacji pozostaje nieznana. Budynki zniknęły, a przyroda stopniowo odzyskała teren.
Dzisiaj nie znajdziemy tam żadnych śladów po wojskowej placówce. Pozostały jedynie ruiny cerkwi i stary cmentarz.
Bo właśnie takie są Bieszczady. Ich największe tajemnice rzadko znajdują się na szczytach czy przy popularnych szlakach. Częściej ukrywają się w zapomnianych wsiach, zarośniętych fundamentach i starych cmentarzach, czekając na tych, którzy zechcą zatrzymać się na chwilę. Nie wszystko zapisano w kronikach, wiele przetrwało jedynie w ludzkiej pamięci. Trzeba tylko odrobiny cierpliwości i czasu, by odkrywać je na nowo – bo w tych górach przeszłość nigdy nie znika całkowicie, a jedynie cicho czeka, aż ktoś ponownie ją odnajdzie.
Foto. Marek Zielonka
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz