Ziąb i plucha spadły na uzdrowisko, płosząc kuracjuszy. Październik, niczym stary gruźlik pluje deszczem i puszcza wiatry. Nad kujawską równiną wieje i wyje, jakby diabeł się powiesił. Duje od strony Gopła i Kruszwicy, od Mysiej Wieży i Popiela.
Zmarznięci emeryci z kijkami w dłoniach przemykają alejami parku, zatrzymując się, tylko, przy kramie z czapkami dzierganymi na drutach przez zręczną straganiarkę. Tężnie zamknięto ad calendas graecas, a rychłe zmierzchy zniechecają do spacerów. Mój pobyt w sanatorium zmierza do końca.
Przed chwilą zasłabł sąsiad z pokoju obok – udar dopadł go na treningu interwałowym.
Nocami słyszę chroboty dobiegające z dołu, jakby stado myszy chciało przegryźć deski podłogi.
Inowrocław oddala się ode mnie, jak obca planeta.
Ale chcę do maksymum wykorzystać czas na Kujawach.
Dlatego wczoraj, wyruszyłem nad Małe Gopło, w poszukiwaniu dworu w Jarontach, gdzie w październiku 1927 roku mieszkał Przybyszewski.
Artysta wraz z żoną zostali zaproszeni i ugoszczeni przez państwo Marię i Józefa Znanieckich. Pisarz był chory i bardzo zmęczony. Ostatnie lata spędził na pracy biurowej w Warszawie, którą mógł wykonywać, jak pisał w liście do córki, – “tylko przy pomocy wszelkich możliwych środków narkotycznych”.
Morfina i alkohol spowodowały u niemłodego już mężczyzny załamanie nerwowe, do czego dołączył katar płuc i osłabienie serca. Ratowano go puszczaniem krwi.
Poeta chciał w Jarontach odpocząć i skończyć pisanie prozy wspomnieniowej “Moi współcześni”. Jednak robota mu nie szła. Słabował, aż w końcu położył się do łóżka, gdzie leżał do końca listopada.
Dręczyły go złe myśli. Wciąż przeżywał niedawną śmierć przyjaciela i nieszczęśliwego męża, któremu uwiódł żonę – Kasprowicza.
Autora “Hymnów” pochowano w dalekim Zakopanem, lecz Stach pragnął spocząć na rodzinnych Kujawach. Upatrzył sobie miejsce na cmentarzyku w nieodległej Górze i zobowiązał Znanieckiego, żeby wyjednał u miejscowego proboszcza zgodę na pochówek.
Pisarz czuł, że życie uchodzi z niego, jak powietrze z przekłutego balonu.
W długie, bezsenne noce do pokoju na poddaszu jarontowskiego dworu, przychodziły zjawy kobiet, którym zmarnował życie.
Pierwsza zjawiła się niekochana żydóweczka – Marta. Uwiódł ją w młodości, płodząc z zezowatą brzydulą trójkę potomstwa. Dziećmi się nie zajmował. Córki trafiły do przybranych rodzin, a najmłodszy Boleś spłodzony po pijanemu, spędził dzieciństwo w przytułku.
Teraz Marta, pochylała się nad leżącym, wyciągając w jego kierunku dłoń z flakonikiem.
– Kalium cyanatum – przeczytał napis na fiolce. Takiej samej, jak ta, którą feralnego dnia widział na nakastliku obok łóżka samobójczyni w ich berlińskiej norze przy Wohllerstrasse 14.
Po Marcie przyszła Dagny, rozświetlając poddasze pochodnią złotych włosów. Kobieta kometa, natchnienie artystów i udręka zakochanych młodzieńców. Stach zdradzał ją z Jadwigą Kasprowiczową, żoną przyjaciela. Aby mieć wolne pole do romansu, wyprawił Dagny do Tyflisu w towarzystwie zadurzonego w niej do szaleństwa młodego Emeryka.
Piękna Norweżka stała nad łóżkiem Stacha z odwróconą głową, żeby mógł zobaczyć dziurę od pistoletowej kuli w jej potylicy. Nie pojechał, wtedy, na pogrzeb do dalekiej Gruzji, bo zaangażował się w nową, miłosną przygodę z Anielą Pajakówną. Z nią też nie grał uczciwie. Gdy malarka zaszła w ciąże i skarżyła się, że ją skrzywdził, zamiast pomocy, wysyłał do niej kabotyński list z wątpliwym pocieszeniem.
– “Anielciu, czy rzeczywiście wyrządziłem Cię tak wielką krzywdę? – Pisał – Czyż to nie wielkie szczęście być matką i wiedzieć, że ojcem twojego dziecka jestem bądź co bądź – Ja”.
Kiedy sobie to przypominał, poczuł palący wstyd. Chciał poderwać się z łoża, żeby prosić kobiety o wybaczenie, ale jakiś tuman zmącił mu myśli. Z mgły wyłoniła się jeszcze jedna postać.
– Przecież ty nie istniejesz, jesteś tylko legendą, literaturą – powiedział pisarz.
Goplana, zamknęła mu usta, wzięła w ramiona i pociągnęła za sobą w głębinę.
Stanisław Przybyszewski zmarł w Jarontach 23 XI 1927 roku.
Dworku, w którym mieszkał przez ostatnie miesiące życia, nie znalazłem. Podobno został rozszabrowany i zburzony po wojnie, podczas parcelacji majątku Znanieckich.
Zaś grób poety na cmentarzu w Górze jest zachowany w dobrym stanie. Wysoka kolumna zwieńczona krzyżem stoi na cokole z granitu, ozdobionym medalionem z podobizną głowy artysty. Pod nią widnieje napis: Stanisław Przybyszewski, Piewca Wielkopolski, Meteor Młodej Polski.
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz