Oczywiscie, że pamiętam. Klasa X liceum Nazaretanek. Zostałyśmy zaproszone na bal karnawałowy do Liceum św. Augustyna.
Strój obowiązkowy – galowy mundurek. Plisowana granatowa spódniczka, biała bluzka z marynarskim kołnierzem i mankietami. Jedyna zmiana w tym marynarskim stylu: wypustki nie białe, ale czarne. Wlosy zakręcona na papiloty, lub koński ogon. Ja nie użyłam szamponu, ale …mąki. Posypywało się nią włosy i szczotkowalo. Puszyły się i robiły wrazenie, ze sa bardzo gęste.
Potem „odprawa” w gabinecie siostry Dyrektorki. Jakie zachowanie, o której godzinie powrót. No i najwazniejszy „dydaktyczny smrodek”, czyli opowiadanie o pewnej panience, która nie zalozyła ciepłych majtek. Jej kawaler spytał elegancko, czy oprócz płaszczyka, czapki, szalika , ciepłych butów i rekawiczek nie ma juz nic wiecej do zdjecia. I nie bylo to nic nieprzyzwoitego. Mlodzieniec miał na mysli własnie ciepłe majtki. Bo wiedzial, ze panna bez cieplych majtek nie bedzie w przyszlosci kandydatka na zdrową matke .
Bardzo chciałam byc zdrową matką wiec zalozyłam wełniane, gryzace, szarobure majtasy zrobione przez babcie, ale nikt mnie o nie nie spytał i musiałam zdjąc je w toalecie. Nie miałam pojecia jak je przenieśc przez korytarz do szatni. W rezutltacie wepchnęłam je za umywalkę. Zobaczyłam tam juz kilka innych majtasów , wszystkie wełniane, w róznych kolorach. Czyli moje kolezanki tez pragnęły zostac w przyszlosci dobrymi matkami. Przynajmniej niektóre.
Nie bylo tak, ze tańce zaczęły sie od razu. Chlopcy stali pod jedna sciana , wszyscy w grannatowych i dośc „wyrosnietych” garniturkach. My pod drugą. Oni chichotali. Mysmy tez chichotały.
Wreszczie najbardziej z nas smiała i pelna temperamentu Basia Świątczak wzięła kolezanke i zatańczyła. No moze nie na parkiecie, ale na uginajacej sie, skrzypiacej, zniszczonej posadzce tego, co nazywalo sie sala gimnastyczna. Tak naprawdę było niewielkim pomieszczeniem, dusznym i z drabinkami na scianach oraz kozłem. Bo to był jeszcze stary budynek „Augustyna” .
Chlopcy popatrzyli na tańcujące dziewczyny i nabrali odwagi. Zaczęło sie od „odbijanego”. No i jakos poszlo. Chłopcy nie byli cudnymi tancerzemi, ale mniej wiecej posuwali sie w zawsze tym samym rytmie i tymi samymi kroczkami wiec łatwo bylo uchodzic za dobra tancerke, jesli opanowalo sie te dwa na dwa i bezrytm.
Mna zainteresował sie chlopczyk o miłej buzi, grzeczny, niesmiały, ale bardzo sympatyczny. Piotruś. Powiedział mi, ze interesuje sie motoryzacja. Przyjęłam to zainteresowanie z zachwytem, choc nie odrózniałam Wolgi od Warszawy. Innych samochodów wtedy chyba nie było. Tak wiec kroczylismy w walcu, tangu czy rumbie te dwa na dwa, a on opowiedał mi o róznych motorach i co w nich warczy, jakie mają nadwozia. Wystarczało mu, ze słucham. Z dobrze udanym zaciekawieniem i zachwytem dla jego, jakze nadzwyczajnej, motoryzacyjnej wiedzy. Po skonczonym balu chlopcy mieli kwadrans na odprowadzenie nas na przystanek trolejbusowy i powrót do internatu.
Piotruś nie zdazył wiec zapytac mnie o moje przyszłe macierzyńskie zdrowie, więc moje majtasy zostały za toaletowa umywalką. A my – kurcgalopkiem – pobieglismy na przytanek. Tam umówilismy sie szybko na randke. Tez pierwsza w moim zyciu. Nadjechal troleybus , no i koniec balu, panno lalu.
W domu awantura, ze: po pierwsze – straciłam takie swietne, ciepłe , cenne majtasy;, po drugie – w mróz byłam „od dołu” przemarźnieta. Co było grzechem dla panienki chyba smiertelnym.
Ale mimo wszystko wspominam ten „bal” bardzo mile. Choc ani sukni balowej, ani fryzjera, ani makijazystki, ani uczty (kanapki z bardzo beleczym) , ani sali balowej , ani cud- dancera.
Wracam do tematu bali(ów). I na marginesie będzie o „Różycu” czyli bazarze Różyckiego. Miejscu, gdzie w powojennej, komunistycznej Warszawie kupowalo sie to, co była z nie-komunistycznego Zachodu. Przemycane legalnie i nielagalnie.
Ja chodziłam tam po najpierw sukienki, potem rajstopy. Bo kiedy doszłam do wieku , kiedy zazęłam chodzic do Szkoły Sobiszewskich , a takze na potańcówki – szkolne i prywatki, trzeba było pozbyc sie pończoch na podwiazki, bo w wirowych tańcach nieelegancko było pokazywac te podwiazki. Co innego rajstopy. Ale były drogie i po pierwszych, które dostałam od kolezanki bedacej na robotach w Szwecji , przez pewnien czas miałam tylko dwie pary. Uzywane od Wielkiego Dzwonu. Natomiast sukienki kupowałam częściej. Na lata na przykład. Nie były nowe, ale niektóre wygrzebywałam naprawde ładne.
Ale mialo byc o balu. Kiedy powiedziałam pani kupcowej czego potrzebuje, obmacała mnie fachowo , uznała, ze w górnej części brakuje mi seksownych wypuklosci, a w dolnej seksownej d….. (mężczyźni lubia d… jak stodołe…- powiedziała i to okreslenie jakos zakorzenilo sie w naszym domowym języku). Więć dobrała mi sukienke z szyfonu , której spódnica miała chyba sześć tiulowych halek , pieknie powiewajacych przy kazdym obrocie, a góra miała trzy narzutki. Nakładały sie jedna na druga i ukrywały ów brak biustowej seksownosci.
Ale nie ta sukienka przyniosła mi szczęście i balowe powodzenie. Tą szczęśliwa sukienka była biała w rózowe kwiatuszki, z materiału którego nazwy nie znam, ale pieknie sie ukladał. Sukienka miała bufiaste rekawki z tiulu. Odcieta w talii, lekko rozkloszowana. Uwielbiałam ja. No i w niej wytańczyłam na Balu w Hotelu Europejskim pierwsza nagrodę. No, musze oddać wiekszość sukcesu swemu partnerowi, który tańczył bosko. Ale sukienka tez miała swoje znaczenie. Ja – moze jakies 10 procent.
Zdjęcie tej sukienki (i mnie w tej sukience zamiesczono w „Panience w PRL” więc w ten sposób Bazar Różyckiego i ta sukienka przeszły do historii.
Pisałam o sukienkach na halkach. Miałam tych halek mnóstwo, koronkowe, muslinowe i zwyczajne – płócienne, krochmalone.
Opisywałam juz kilka razy zabawna historie z celnikami bułgarskimi. Zglosiłam im , ze przewoze do Polski tylko kupione w Bułgarii chustki do nosa. I była to prawda. Ale tak ich rozwsciekliłam, ze wyrzucili pasazerów z przdziału i kazali mi rozpakowac najwieksza walize. Otworzyłam , a z walizy wyplynęła do przedziału falbaniasta , biała, pelna koronkowych ozdób halka. Nie było w walizce niczego wiecej.
Fot. NAC/Rutowska Grażyna
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych
Zostaw komentarz