Wszystko kiedyś przeminie, ludzie, wydarzenia, emocje, życie… Czym zatem jest ruch wskazówek zegara, opadające z kalendarza kolejne daty, mijające pory roku, czas, jaki został nam dany w dzierżawę? Czy to chwila, moment, bezpowrotna sekunda, która tak szybko, bez uprzedzenia i niepostrzeżenie znika w otchłani przeszłości? A może wieczność, którą mamy na wyciągnięcie ręki, ale nigdy jej nie dosięgniemy?

Te i inne myśli nachodziły mnie po śmierci taty. Zastanawiałam się, dlaczego on, dlaczego tak szybko, dlaczego? Tysiące „dlaczego” bez wyjaśnienia. W końcu zrozumiałam, że kiedy się rodzimy nie dostajemy instrukcji obsługi życia, żadnych wskazówek, rad, schematów. Z każdym kolejnym porankiem improwizujemy, jakbyśmy zapomnieli kwestii granej przez nas postaci, na scenach teatru, jakim jest ten świat.
I ja, tego niechcianego poranka, zostałam zmuszona zagrać jedną z najgorszych ról, jaką aktor może otrzymać. Wówczas to usłyszałam głos w słuchawce telefonu: „Pan Stanisław odszedł tej nocy…”. Mój świat się zawalił, serce pękło na pół, dusza oddała ostatnie tchnienie.

Od tamtej pory minęło ponad 4 lata, ale dla mnie to jak jedna sekunda, która nie zapowiadała, że gdy się obudzę, taty już nie będzie, że stanę się martwym oddechem. Mówili, taka kolej rzeczy, tak miało być, wszystkich to czeka, nikt śmierci nie uniknie. Ale dla mnie, słońce wstające każdego ranka, by złożyć pocałunek na policzku, tego dnia nie wstało. Nikt nie zauważył, że zegar taty przestał bić, tylko ja…

Teraz już wiem, chwila, mgnienie… tyle po nas zostanie. Gnamy na złamanie karku, bez zważania czyja świeca się dziś wypali. Czy tak powinno być?

Jeszcze teraz w ramy pamięci wstawiam twarz taty, zaścielam łóżko jakbym dopiero wstała, pomimo, że tęsknota serce rozrywa, pościel moknie od łez, a tata milczy jak zaklęty, choć wciąż czuję jego obecność.

Pewnie i po moim przeminięciu bez echa nikt nie zapłacze, nie westchnie, bo i po cóż, nie warto – każdego to czeka! Miriady ludzi na ziemi, a tylko jedno być może serce załka, próbując bez zapałek rozpalić ogień życia, ale na próżno…

Cóż zatem po sobie pozostawię? Stertę niedokończonych spraw, słoną łzę matuli, kilka wersów spisanych naprędce, ziarenka piasku rozsiane przez wiatr, i jeszcze – daj Boże – paginy Babilonu.

zdj. Pixabay