Mój doktorat z pedagogiki (z elementami filozofii, gdyż wcześniej skończyłam filozofię) nosił tytuł „Wątki emancypacyjne w nowoczesnej filozofii wychowania”, co w druku przybrało bardziej przystępny tytuł „Emancypacja przez wychowanie, czyli edukacja do wolności, równości i szczęścia” (Sopot 2011). Jak wskazuje tytuł w obu odsłonach, doktorat i oparta na nim książka poświęcone były emancypacyjnym teoriom wychowania.

Emancypacyjnym, czyli lewicowym, poczynając od Jana Jakuba Rousseau, czy, znacznie bardziej egalitarnego, Jeana Antoine’a Condorceta. Nie będę streszczać książki, opis jest w internecie, tak jak i recenzje. Chciałam po prostu powiedzieć, że dzisiejsze bieda-teorie opierają się na porządnych teoriach, którym w zasadzie całkowicie zaprzeczają. Weźmy Johna Deweya, który jest ostatnim omawianym przeze mnie teoretykiem wychowania. Dewey uważał, że edukacja powinna być praktyczna, na przykład budowa motyla powinna być omawiana po wizycie na łące pełnej motyli. Podkreślam, wizyta na łące nie miała zastąpić omawiania, tylko je poprzedzić. A zatem dzieci powinny na przykład gotować jajka, by dowiedzieć się o procesie ścinania białek oraz wyrabiać mydło i szyć ubrania w ramach wiedzy o amerykańskich pionierach, których warunki życia skazywały na robienie wszystkiego samodzielnie.
Obecna bieda-teoria na podstawie Deweya twierdzi, że zamiast omawiać jakieś zasady którejkolwiek dziedziny wiedzy, należy chodzić na spacery i robić kanapki.
Podobne spłaszczenie dopadło Pierre’a Bourdieu, o którym nie ma w mojej książce, ale którego rzecz jasna znam. Bourdieu badał kwestie reprodukcji tak zwanego kapitału kulturowego, czyli tego, w jaki sposób hierarchie społeczne są przekazywane potomkom, którzy albo z niego korzystają, gdyż go mają w postaci wyniesionej z domu, albo z niego nie korzystają, gdyż go nie mają lub mają zbyt mało. Teoria Bourdieu jest bardzo pesymistyczna, hierarchii kapitałów kulturowych nie da się właściwie znieść, gdyż utrwala ją przemoc symboliczna.
Bieda-Bourdieu tym się różni od rozważań Francuza, że podziela jego pesymizm, ale wyciąga inne wnioski. Skoro szkoła reprodukuje kapitały kulturowe, to najlepiej niczego w niej nie uczyć, wtedy struktura się wyrówna! Szkoła nie powinna przekazywać – obecnej choćby w pracach domowych – kapitalistycznej „kultury zapie*dolu”, bo ta kultura sprzyja zróżnicowaniu kapitałów. A zatem jak obniży się kapitał wszystkim, w tym dzieciom dzieci z awansu, będzie wreszcie sprawiedliwie! I przyjemnie, bo szkoła nie będzie marnować dzieciństwa i młodości. Oczywiście nie jest to prawda, gdyż posiadacze kapitału wyślą dzieci do szkół, w których się wymaga. Wizja przyjemnej szkoły z minimalnymi wymaganiami zatem sprzyja dokładnie reprodukcji kapitałów kulturowych, a ta z wymaganiami pomaga osobom z niższych warstw je przyswoić. Fajnisci szkolni, przeciwnicy prac domowych i wiedzy opartej na pamięci nie znają Antonio Gramsciego, z którego trudno by im było zrobić bieda-teorię.
Gramsci, komunista, który spędził większość życia w więzieniu, gdyż żył we Włoszech Mussoliniego, uważał, że osoby pozbawione kapitału kulturowego – który nazywał inaczej, ale można tu zastosować termin wykuty przez Bourdieu – powinny być poddane surowej dyscyplinie, wymagającej od nich intensywnej nauki. Inaczej nie przyswoją tego, co ich koledzy z inteligenckich rodzin mieli od dziecka, niejako „oddychając” kulturą w domu. Logiczne jest więc, że Gramsci dzisiaj nie byłby zwolennikiem odchudzania podstawy programowej czy usuwania z niej elementów pamięciowych. Mogłabym tak pisać jeszcze długo, przeciwstawiając chociażby bieda-Foucault (szkoła to więzienie, gdyż występuje w niej władza) Immanuelowi Kantowi, którego trudno w tym kontekście „zbiedzić”, ale wpis robi się już długi. Pamiętajcie!
Bieda-teorie nie zwiększą nikomu kapitału kulturowego, ani tym bardziej nikogo nie wyemancypują. Może dlatego, że są teoriami biedy kulturowej, cofania społecznego awansu i przemian emancypacyjnych, aby było fajnie i aby nie tracić dzieciństwa, które można przecież miło spędzić na Instagramie.
Autor: Dr Katarzyna Szumlewicz
Doktor pedagogiki, magister filozofii, adiunkt na Wydziale Społecznych Nauk Stosowanych i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego. Pedagożka i filozofka. W WSNSiR pracuje na stanowisku adiunkta. Badania Katarzyny Szumlewicz dotyczą teorii wychowania i są poświęcone przede wszystkim zagadnieniu emancypacji społecznej. Analizuje też literaturę piękną.
Zostaw komentarz