Druga co do wielkości afera finansowa w III RP eufemistycznie zwana „aferą ZUS” dziwnie jakoś skrywana jest przed społeczeństwem. A przecież w jej wyniku uszczerbku doznał nie tylko Skarb Państwa ale przede wszystkim zwykli ludzie.

Najogólniej o co chodziło. Mniej więcej od 2005 roku składki na ZUS (fundusz pracy, zdrowotne itp.) wzrosły na tyle, że zaczęły być problemem dla wielu mikro i małych przedsiębiorców.

I wtedy znaleźli się „dobrzy ludzie”, którzy postanowili pomóc przedsiębiorcom. Wymyślili „pracę nakładczą”. Zamiast płacić składki z tytułu powadzenia działalności gospodarczej płacono je od niziutkiej podstawy wynoszące ok. 28,- zł miesięcznie, bowiem takie przeciętne wynagrodzenia były wypłacane w potężnych, zatrudniających nawet do 16 tys. osób miesięcznie firmach. Rzecz jasna prawdziwy zarobek to nie była sprzedaż jakichś tam wyklejanek, ale haracz z tytułu udziału w tzw. CWIG-u (centrum wiadomości i informacji gospodarczej).

Rzecz na milę cuchnęła co najmniej obejściem prawa, ale z jakiś przyczyn (swoi mieli zarobić???) ZUS zwlekał z kontrakcją.

A kiedy ruszył, poszczególni przedsiębiorcy nagle stali się dłużnikami. Przy okazji zabrano się nawet za tych, którzy faktycznie korzystali z pracy nakładczej i wypłacali swoim wykonawcom nawet i 300-500 zł miesięcznie.

A na dodatek ZUS informował, że można być ubezpieczonym nawet otrzymując 1 zł miesięcznie.

Wzburzenie środowiska było tak wielkie, że Tusk się ugiął. Ustawa „abolicyjna” (ustawa z dnia 9 listopada 2012 r. o umorzeniu należności powstałych z tytułu nieopłaconych składek przez osoby prowadzące pozarolniczą działalność) miała umorzyć zaległości powstałe właśnie dzięki masowemu wręcz udziałowi drobnych przedsiębiorców w firmach oferujących alternatywne zatrudnienie.

Po 9 lutego 2009 roku sprawa padła. Nowelizacja ustawy o ZUS wykluczyła możliwość wyboru ubezpieczenia z podstawą mniejszą, niż płaca minimalna.

„Dobrzy ludzie” raz jeszcze postanowili pomóc. Tym razem opali się o prawo unijne. Zgodnie z nim człowiek wykonujący pracę najemną oraz prowadzący działalność gospodarczą w innym kraju unijnym podlega obowiązkowemu ubezpieczeniu jedynie tam, gdzie jest pracownikiem. W kraju wykonywania działalności gospodarczej może ubezpieczyć się tylko dobrowolnie.

I się zaczęło. Najwięcej „firm” oferujących „zatrudnienie” dla osób prowadzących w Polsce własną działalność pojawiło się w Wielkiej Brytanii.

Najwięksi doszli nawet do 16 tys. przedsiębiorców, którzy to raz, dwa razy w miesiącu wsiadali do samolotu i lecieli do Londynu (nie mylić z Londkiem  ) i tam… przez kilka godzin rozdawali ulotki przechodniom. Czasem zdarzało się, że przebywali dłuższy okres.

Niestety. Jedna z największych firm wg raportów na wynagrodzenia pracownicze miała w ciągu roku wydać aż 1.750.000,- GBP (funtów) jednocześnie nie realizując w tym czasie żadnego zlecenia. Po prostu 0 (zero!!!) przychodów.

Z kolei pewne maleńkie biuro rachunkowe dla Polonusów potrafiło zatrudniać miesięcznie nawet 1600 osób.

Dlaczego właśnie Anglia? Tam bowiem były najniższe w całej Unii składki na ubezpieczenia społeczne – ok. 5 GBP… rocznie od najniżej zarabiającego  pracownika. Tyle że dla polskiego mini przedsiębiorcy „zatrudnienie” w Anglii nie było wcale tanie. Pomijając koszty związane z przelotem (najczęściej jeden raz, by dokonać zgłoszenia w HMRC chociaż wielu korzystało z usług „wyspecjalizowanych” pośredników) miesięczny haracz za fikcję zatrudnienia wynosił ok. połowy wysokości składki płaconej na ZUS w Polsce. Poza tym wielu przyciągała możliwość otrzymania brytyjskiej emerytury – blisko da razy większej niż polska. Wg ostrożnych szacunków w ciągu 5 lat (2009-2014) wydrenowano z Polski ok. 3-5 mln GBP miesięcznie!

Ale to nie były jedyne kierunki. Polacy pracowali na Litwie, Łotwie i Estonii, Słowacji, Czechach i na Węgrzech. Za… 40 euro brutto miesięcznie.

Problemem była tylko opłata za „usługę”.

Pomstujący na naszą redakcję Kazimierz Podcerkiewny wymyślił sprytny sposób. Założone na Słowacji spółki z o.o. (s.r.o.) „zatrudniały” polskich przedsiębiorców do rozdawania ulotek za wymienioną wyżej kwotę.

Myk polegał na tym, że każdy zatrudniony brał udział w internetowym kursie języka słowackiego, za który płacił ok. 60% wysokości składki należnej ZUS.

Osobiście rozmawiałem z blisko 50 takimi „kursantami”; jeden nawet kształcił się przez blisko 7 lat.

Rzecz jasna ani jeden nie opanował języka słowackiego choćby na tyle poprawnie by móc zapytać o godzinę.

Jak bardzo rzetelna była to „działalność” świadczy przykład pewnej osoby ze Szczecina, która dwa razy w miesiącu siadała w samochód i jechała na kilka godzin do słowackiej Čadčy by… rozdawać ulotki przechodniom.

Policzmy.

W jedną stronę to  660 km. A zatem jeden wyjazd to już 1320 km. Dwa razy w miesiącu – 2640 km.

Licząc wg obowiązującej stawki 1,15 zł/km (dla samochodu o poj. pow. 900 ccm) koszt dojazdu „do pracy” wynosił 1.518,- zł miesięcznie. Kurs euro dzisiaj to 4,28 zł. W przeszłości zaś oscylował koło 4,40.

Przyjmując nawet tą większą wartość otrzymujemy 176,- zł… brutto. Na rękę zatem… 138 zł.

Ekonomicznie zatem praca na Słowacji w przypadku osoby ze Szczecina oznaczała konieczność dokładania do niej… 1.380,- zł miesięcznie!

Tak na marginesie – inny „wielki przedsiębiorca” na podobnych zasadach organizował pracę w Tallinie. Za 40 euro brutto miesięcznie ludzie z Krakowa dwa razy w miesiącu jechali rozdawać ulotki w stolicy Estonii… 1293 km w jedną stronę.

Czyli miesięcznie musieli dokładać już… 5.809,80 zł!

Rzecz jasna również w tym przypadku zakwestionowanie pracy spotkało się z wrzaskiem i tupaniem oraz posądzeniem o przestępczą wręcz zmowę pomiędzy polskim ZUS-em a jego odpowiednikami  w ww. krajach.

Dokładnie tak samo reaguje „kryształowy” człowiek Kazimierz Podcerkiewny.

W buńczucznym piśmie skierowanym do rednacza „pressmanii” pisze:

(…) W dniu 24 kwietnia 2025 roku na portalu Pressmania.pl, został opublikowany artykuł pt. „Odklejeni. Wiara „mentzenników”” autorstwa Humpty Dumpty, w którym bezpodstawnie i bez jakiegokolwiek uzasadnienia zostałem przedstawiony jako osoba, która _”w latach 2013-2020 wyłudziła ok. 30 mln zł za fikcyjne zatrudnienie w Słowacji”_.

Publikacja zawiera następujące naruszenia:

  * Podanie moich pełnych danych osobowych (imię, nazwisko, miejsce zamieszkania) bez mojej zgody i bez podstawy prawnej

  * Postawienie bezpodstawnego zarzutu o „wyłudzeniu 30 mln zł” – zarzutu, który nigdy nie został mi postawiony przez żaden organ ścigania

  * Brak weryfikacji informacji – redakcja nie zwróciła się do mnie o stanowisko przed publikacją

  * Naruszenie zasad rzetelności dziennikarskiej – jednostronne przedstawienie sprawy w oparciu o niepotwierdzone informacje.

Najwyraźniej „kryształ” próbuje wykonać tzw. uderzenie wyprzedzające.

Wszak cały jazgot pana Podcerkiewnego wywołało jedno zdanie. Przytoczmy je więc w całości.

Znany mi rekordzista dzięki takim „optymalizatorom” jak Dariusz Frach (za wyłudzone od polskich przedsiębiorców pieniądze kupił sobie dom w Sheffield) czy też mieszkaniec Kędzierzyna – Koźla Kazimierz Podcerkiewny (w latach 2013-2020 wyłudził ok. 30 mln zł za fikcyjne zatrudnienie w Słowacji) jest winien ZUS-owi ok. 0,5 mln zł.

Od razu rzuca się w oczy podstawowa wada pana Kazimierza, czyli brak umiejętności czytania ze zrozumieniem.

Z przytoczonego bowiem zdania nie wynika, aby był on osobiście winny ZUS-owi pół miliona złotych. To tzw. oczywista oczywistość.

Ale przecież znana jest co najmniej od czasów rozbiorów zasada – uderz w stół

Wskazane wyżej fakty bezspornie wskazują na fikcyjną działalność powołanych przez Kazimierza Podcerkiewnego spółek na Słowacji. Jak wiemy bowiem celem powstania spółki jest działalność gospodarcza. Co prawda Kodeks spółek handlowych dopuszcza działalność non-profit, ale ten przypadek tu nie zachodzi.

Tak naprawdę jedynym celem było stworzenie pozoru zatrudnienia by móc ominąć wnoszenie opłat tytułem składek do polskiego ZUS. Natomiast zysk pana Podcerkiewnego stanowiły opłaty za rzekomy kurs języka słowackiego online.

Jak już pisałem wcześniej – nikt nie traktował kursu poważnie rozumiejąc, że przecież trzeba płacić za świadczoną przez Podcerkiewnego pomoc.

I z tym wiąże się niestety przyczyna, dla której to w jedynej do tej pory zakończonej prawomocnie sprawie karnej przeciwko Podcerkiewnemu zapadł wyrok uniewinniający. Sąd Rejonowy w Rybniku uznał po prostu, że trudno mówić o oszustwie, skoro pokrzywdzona godziła się na wyżej opisany układ i mogła z łatwością dowiedzieć się o prawdziwym stanie sprawy pytając bądź to bezpośrednio w ZUS lub też szukając porady u jakiegoś prawnika.

Najwyraźniej sądy obu instancji nie wzięły pod uwagę, że już w 2013 roku Socialna Poistov’na (SP- odpowiednik ZUS na Słowacji) nie przyjmowała składek od rzekomych pracowników spółek realnie mieszczących się na jednej półeczce w biurze księgowym na Słowacji.

Tak więc Podcerkiewny już wtedy powinien poinformować swoich „pracowników” o kłopotach i nie przyjmować kolejnych.

Tymczasem praktycznie aż do spowodowanej covidem kwarantanny przy przekroczeniu granicy łapał nowych klientów.

Znał również Postanowienie Sądu Najwyższego Republiki Słowacji w Wielkim Senacie Kolegium Administracyjnego z 4 grudnia 2018 roku (IVs/1/2018), które to jednoznacznie przesądziło o fiasku podejmowanych rzekomo przez Kazimierza Podcerkiewnego starań na terenie Republiki.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że opowieści o skargach do TSUE, Komisji Europejskiej czy też ETPCz były tylko cyniczną grą na czas.

W końcu przestępstwo z art. 286 kk przedawnia się po 15 latach, ale jeśli ktoś chciałby „kryształ” zaciągnąć przed sąd cywilny to już w zasadzie większość roszczeń uległa przedawnieniu.

Grupa osób, a raczej wyznafcuff omc świętego Kazimierza, karmiona jest paranoicznymi opowieściami o paneuropejskim spisku (do niedawna sPiSku – Kazimierz w mediach społecznościowych należał do najbardziej zajadłych yebaćpisów, choć do silnychwkupie jakoś nie przystał), zawiązanym przeciw działającemu zgodnie z prawem unijnym polskiemu przedsiębiorcy.

Oto 26 września 2021 r. na publicznym forum GoWork opisuje swoją wersję sPiSkowego świata:

…na koniec: Państwo nie byliście zatrudniani na Słowacji przez firmę D-P, jeno przez słowackie spółki. spółki zwolniły pracowników po wprowadzeniu kwarantanny. trudno wykonywać pracę na Słowacji, gdy po powrocie do Polski obowiązuje dwutygodniowa kwarantanna. proponuję, by zamiast ślepo uderzać we mnie – szukać sposobów, by zmowa urzędnicza zaprowadziła bandyckich urzędników do więzienia. jeśli Państwo macie ochotę uczestniczyć w okresowych konferencjach na zoomie, albo dołączyć do grupy na signalu – nic nie stoi na przeszkodzie. na razie tyle, Kazimierz Podcerkiewny

https://www.gowork.pl/opinie_czytaj,23636466

Proceder trwa. Kaźmirz najwyraźniej przekonany o swoim geniuszu prawnym, nadal łudzi swoich wyznaffcuff.

Tym razem możliwością stwierdzenia nieważności decyzji ZUS ustalającej jako właściwe polskie ustawodawstwo.

Wniosek o stwierdzenie nieważności na podstawie art.156 § 1 pkt 1, pkt 2 i pkt 3; art. 157 Ustawy z dnia 14 czerwca 1960 roku – Kodeks postępowania administracyjnego (Dz. U. 1960 Nr 30 poz. 168) obficie okraszony odwoływaniem się do postanowień m. in. Konstytucji.

Już jednak sam początek pisma budzi wesołość. Otóż pan XX (imię i nazwisko znane redakcji, a także PESEL i adres zamieszkania, gdyż w swoim zacietrzewieniu Kaźmirz zapomniał wniosek zanonimizować) pisze:

Jednocześnie, z uwagi na pozbawioną podstawy prawnej, wcześniejszą praktykę przekazywania przez Dyrektora Departamentu Świadczeń Międzynarodowych i Wsparcia Rodzin – Andrzeja Szybkie, wniosków o stwierdzenie nieważności decyzji, dotkniętych wadami kwalifikowanymi, do oddziałów (…), które wydawały decyzje – wnoszę o merytoryczne rozpoznanie niniejszego wniosku, przez organ kompetentny, tj. przez Prezesa ZUS, jako organ wyższego stopnia (art. 157 k.p.a.).

Tymczasem powszechne wiadome jest, że ZUS jest  jednoinstancyjny. Poszczególni urzędnicy w oddziałach wydają decyzje, ale tylko na podstawie udzielonego im pełnomocnictwa przez Prezesa ZUS.

Nazywanie Prezesa ZUS organem nadrzędnym świadczy niewątpliwie o braku elementarnej wiedzy co dziwi, jako że Kaźmirz walczy ponoć z ZUS-em już 13 lat. W tym czasie nawet krowa nauczyłaby się elementarnych pojęć.

Kompletnie odjechany natomiast jest zarzut podstawowy:

Tymczasem, decyzja o ustawodawstwie polskim, została wydana wyłącznie na podstawie twierdzenia Socialnej Poistovnej o niewykonywaniu przeze mnie realnej pracy na terytorium Słowacji (pismo Centrali Socialnej Poistovnej w Bratysławie z dnia 25 lipca 2013 roku, znak 36968-2/2013-BA, sygnowane przez p. Vierę Konovą – dyrektor w Centrali w Bratysławie) oraz decyzji Inspektoratu w Cadcy z 11 października 2013 roku, znak 46714-1/2013-CA o nieobjęciu mnie słowackimi ubezpieczeniami, pod ww pretekstem. Twierdzenie to nie zostało poparte żadnymi dowodami, co narusza fundamentalną zasadę postępowania administracyjnego: Ei incumbit probatio, qui dicit non qui negat (ciężar dowodu spoczywa na tym, kto twierdzi, a nie na tym, kto zaprzecza).

Zatem pan XX (nie oszukujmy się, to „prawnicze” pismo zostało sporządzone przez Kaźmierza) jest zdania, że polski organ rentowy powinien rozstrzygnąć o świadczeniu pracy na terenie Słowacji!

A to już jest odlot zupełny. Jurysdykcja  polskich sądów w zasadzie kończy się na granicy ( i to mimo Schengen), tym bardziej zaś ZUS.

Tymczasem Kaźmirz najwyraźniej uważa, że Polska jako wielokroć większa od Słowacji sprawuje nad nią jakąś swoistą kuratelę prawną.

Czy człowiek, piszący do redakcji nie jestem prawniczym dyletantem, któremu można opowiadać baśnie z krainy mchu i paproci  jest nim w istocie, czy też mamy do czynienia z kolejną ściemą?

Pan XX jak wieść niesie jest coraz bardziej agresywny, zatem wniesione pismo, późniejsze odwołania itepe pozwolą Kaźmirzowi złapać przynajmniej dwa lata spokoju.

Apogeum szaleństwa (wydaje się jednak, że kontrolowanego) Kaźmirz osiągnął składając zawiadomienie o możliwości popełnieniu przestępstwa.

Przynajmniej tak twierdzi, bowiem zamieszczona na piśmie data wskazuje na 10 lutego 2025 r., zatem do 31 lipca, gdy wysłał jego kopię do nas, powinien wiedzieć, czy prowadzone jest dochodzenie, czy też nastąpiła odmowa wszczęcia postępowania.

Podcerkiewny oskarża pracowników Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, w tym Dyrektora Departamentu Świadczeń Międzynarodowych i Wsparcia Rodzin oraz innych urzędników Oddziałów ZUS o czyn z art. 231 kk i inne, bez podawanie jednak ich numeracji. Ba, oskarża nawet… Ministra Sprawiedliwości.

Na wszelki wypadek Kaźmirz ucieka w niepoczytalność???

A może to tylko kolejna poza?

Zgodnie bowiem z art. 28 §  1 Kodeksu karnego:

 Nie popełnia przestępstwa, kto pozostaje w usprawiedliwionym błędzie co do okoliczności stanowiącej znamię czynu zabronionego.

Bo nawet jeśli założyć, że osoby korzystające z możliwości zatrudnienia na Słowacji pod warunkiem jednoczesnego opłacania internetowego kursu językowego miały lub z łatwością mogły mieć świadomość uczestnictwa w mega wale, to przecież poszkodowany z całą pewnością został Skarb Państwa.

I jeśli wg ostrożnych szacunków Podcerkiewny w latach 2013-2020 uzyskał od szukających nawet najmniejszych oszczędności biednych ludzi (wydaje się, że gros z nich można by określić mianem lumpenprzedsiębiorców) jakieś 30 mln zł to przecież straty ZUS (a więc Skarbu Państwa) wynoszą co najmniej 50 mln zł.

I co z tego, że część z ofiar Podcerkiewnego musi teraz zwracać „zaoszczędzone” wcześniej kwoty, skoro wielkość zadłużenia przekracza ich możliwości płatnicze? Dla Skarbu Państwa lwia część tej kwoty jest już nie do odzyskania.

I jeszcze jedno. Kaźmirza najwyraźniej uwiera opisanie jego niecnego procederu w efekcie którego kilkaset osób już walczy z egzekucją administracyjną bądź też spłaca należności w ramach tzw. układów ratalnych. Licząc z rodzinami (zgodnie z prawem ZUS bowiem sięga po majątek dorobkowy obojga małżonków) Kaźmirz skrzywdził 4-6 tys. osób!

W buńczucznym piśmie skierowanym do redakcji próbuje zasłaniać się RODO twierdząc bezczelnie, że nie jest osobą publiczną.

Wolne żarty. Na youtubie można znaleźć filmik przedstawiający „trybuna ludowego” Kazimierza Podcerkiewnego podczas publicznej manifestacji przed Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Szereg publicznych wystąpień, udostępnianych za pośrednictwem mediów społecznościowych nie pozwalają traktować pana Podcerkiewnego jako osoby prywatnej. Chciał wypłynąć na czele osób skrzywdzonych przez siebie i załapać się na Wiejską.

Jako że jesteśmy szczególne wyczuleni na tego typu zachowania mówimy stanowczo NIE.

Z pucybuta (agenta ubezpieczeniowego) do milionera a potem jeszcze do POlityki?

Za wiele podobnych przypadków mieliśmy podczas minionych dekad by teraz stać z boku i tylko obserwować..

7.08 2025

fot.: Bratysława – pixabay