Slogany polityczne mają mobilizować emocje. Ale są też takie, które zaczynają zastępować rzeczywistość. Problem zaczyna się wtedy, gdy wyborca przestaje odróżniać jedno od drugiego.
Przez ostatnie lata w Polsce budowano prosty, agresywny przekaz: „PiS to złodzieje”. Powtarzano go w mediach społecznościowych, programach publicystycznych, na demonstracjach i w codziennych rozmowach. Dla wielu ludzi nie było to już nawet hasło polityczne. Stało się czymś w rodzaju prawdy objawionej. Nie wymagano dowodów, konkretnych wyroków ani faktów. Wystarczało samo bezmyślne powtórzenie.
I właśnie to jest najbardziej niepokojące.
Bo demokracja zaczyna chorować wtedy, gdy emocjonalny slogan staje się ważniejszy od rzeczywistości. Gdy najpierw tworzy się polityczny wyrok, a dopiero później szuka materiału, który miałby go uzasadnić. Gdy tłum nie pyta już: „czy to prawda?”, ale jedynie: „czy pasuje do mojej nienawiści wobec przeciwnika?”.
Po latach wielkich oskarżeń nagle okazało się, że wiele spraw dotyczy nie „kradzieży” w potocznym rozumieniu, lecz sposobu wydawania pieniędzy publicznych, decyzji administracyjnych, politycznych mechanizmów czy sporów proceduralnych. Można to krytykować. Można uważać, że część działań była nieetyczna, niegospodarna albo podporządkowana interesowi politycznemu. Ale czym innym jest polityczna krytyka, a czym innym opowieść o mafii okradającej państwo.
Najbardziej zdumiewające jest jednak co innego.
Ci sami ludzie, którzy przez lata kreowali obraz jednej strony jako symbolu moralnego upadku, sami mają wokół siebie polityków z poważnymi zarzutami lub śledztwami. Nowak z zarzutami korupcyjnymi. Karpiński zatrzymany w sprawie dotyczącej nieprawidłowości. Grodzki, wobec którego pojawiały się poważne oskarżenia i wnioski prokuratorskie, czy Giertych.A przecież takich nazwisk było więcej po obu stronach politycznej barykady.
I tu wychodzi największa hipokryzja współczesnej polityki. Jedni przedstawiają siebie jako niemal nieskazitelnych moralnie, a przeciwników jako wcielenie zła. Tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej brutalna i dużo mniej wygodna. Patologie, układy, ambicje, nepotyzm czy cynizm nie są własnością jednej partii. Są chorobą całego systemu politycznego.
Ale tłum kocha proste historie. Łatwiej jest uwierzyć w bajkę o „dobrych” i „złych”, niż przyjąć do wiadomości, że polityka bardzo często jest starciem grup interesów, w którym moralne hasła bywają jedynie narzędziem marketingowym.
Tymczasem dojrzały obywatel powinien zachować intelektualną ostrożność. Powinien pytać o dowody, a nie o emocje. Powinien umieć oddzielić medialny spektakl od faktów. Powinien mieć odwagę krytykować także „swoich”, gdy ci robią dokładnie to samo, o co oskarżali przeciwników.
Bo kiedy społeczeństwo zaczyna wierzyć we wszystko, co zostanie odpowiednio często powtórzone, demokracja powoli zamienia się w teatr propagandy. A w takim teatrze prawda przestaje być najważniejsza. Najważniejsze staje się to, kto głośniej krzyczy i kto skuteczniej steruje emocjami tłumu.Bo największym zagrożeniem dla demokracji nie jest dziś jedna czy druga partia. Największym zagrożeniem jest społeczeństwo, które przestaje odróżniać fakty od politycznej tresury emocji. Naród, który bezmyślnie powtarza slogany podsuwane przez propagandę, bardzo łatwo można poprowadzić dokładnie tam, gdzie chcą cyniczni gracze polityczni, tacy jak Tusk.
A wtedy wybory przestają być świętem demokracji. Stają się jedynie konkursem na skuteczniejsze manipulowanie strachem, nienawiścią i ludzką naiwnością.
Zostaw komentarz