Nie liczę już który, bo mi się dni sklejają. Dziś z rana zwiedzanie centrum Florencji. Kolejka do bazyliki na pół kilometra. Ludzie lgną do kościoła jak mysz do sera. Nie wiem skąd to biadolenie o postępującej laicyzacji. I odchodzeniu od kościoła, jak tutaj wszyscy do niego lgną.
Potem pojechaliśmy do mojego kolegi i absolwenta naszej politilogii na parafię. Wojtek wywiózł nas na górę i pokazał 18 kościołów, nad którymi sprawuje pieczę. Połowa co prawda nieczynna, ale jak dachówka się usunie i zrani japońskiego turystę, to sprawa w sądzie pewna.
Zamaszystym ruchem ręki oznaczył swoje parafialne włości od wschodu do zachodu. Nie ukrywam, że mu zazdrościłem, gdyż moi przodkowie wywodzą się z włoskiego rodu de Gasperi i kiedyś byli w posiadaniu wielu wsi z chłopami, a co najważniejsze z chłopkami.
Po 21:00 dojechaliśmy do Rzymu. Ze znanych mi opowieści było to kiedyś, znaczy historycznie, znaczące miasto. Możliwe, zważywszy na cztery pasy na obwodnicy miasta.
Muszę już iść spać.





















Zostaw komentarz