50 milionów złotych. Tyle rządząca Lewica postanowiła przeznaczyć na eksperyment czterodniowego tygodnia pracy… w urzędach publicznych. W kraju, w którym przedsiębiorcy duszą się pod ciężarem podatków, inflacja pożera realne pensje, a system ochrony zdrowia ledwo zipie, pada decyzja o finansowaniu z budżetu luksusu, który nie przynosi żadnej wymiernej korzyści społecznej. Bo jak inaczej nazwać skrócony tydzień pracy w urzędzie niż przywilejem dla jednej, ściśle określonej grupy – tej, od której w znacznej mierze zależy sprawność aparatu państwowego?

Każdy, kto choć raz zatrudniał ludzi, liczył ZUS, VAT i podatek dochodowy, musi przecierać oczy ze zdumienia. Gdzie tu sens, gdzie logika? Państwo, które samo nie potrafi dotrzymać terminów decyzji administracyjnych czy wypłat świadczeń, właśnie testuje model pracy jeszcze bardziej rozluźnionej. Nie po to, by zwiększyć efektywność, ale by zapewnić sobie przychylność własnych urzędników w nadchodzących wyborach. To nie jest reforma pracy – to inwestycja w elektorat.

Obrońcy projektu powiedzą, że przecież „każdy kiedyś skorzysta”, że to „nowoczesna wizja rynku pracy”. Bzdura. To nie rynek, lecz budżet państwa będzie finansował ten socjalny eksperyment. A państwo – przypomnijmy – nie ma własnych pieniędzy, ma tylko nasze. Porównajmy to z tym, co robił PiS: kupował poparcie w terenie, finansując remizy OSP, koła gospodyń czy budowę domów dla ofiar przemocy. Można mieć do tego różne zastrzeżenia, ale tam przynajmniej istniał konkretny wymiar społeczny. Wóz strażacki gasił pożar niezależnie od poglądów politycznych ofiar.

Tutaj nie ma żadnej wyższej wartości – tylko czysta polityczna transakcja. 50 milionów za wdzięczność tych, którzy codziennie decydują o tym, czy wniosek Kowalskiego przejdzie, czy ugrzęźnie w szufladzie. Państwo zamienia się w rozdawniczy folwark, gdzie „eksperymenty społeczne” są niczym innym jak legalną formą korupcji. A rachunek, jak zawsze, zapłacą ci, którzy naprawdę pracują.