Cz.III. Świat, który wszystko wie, oprócz tego kim jest człowiek

Kowalski i cyfrowe dziedziczenie. Czy testament w PDF-ie ma duszę?

Kowalski odszedł cicho, jak wielu przed nim. Ale jego konto w banku nadal wysyła powiadomienia: „Zbliża się termin spłaty raty”. Na portalu społecznościowym pojawia się przypomnienie: „Kowalski ma dziś urodziny — złóż życzenia!”. Urzędowy system podpowiada: „Nie zapomnij złożyć zeznania PIT”. Kowalski milczy, ale jego dane żyją dalej. To jeden z paradoksów XXI wieku: człowiek umiera, a jego profil wciąż jest aktywny.

W chmurze zostają zdjęcia, maile, hasła, certyfikaty, numery kont i decyzje, które już niczemu nie służą. Kiedyś zostawiało się po sobie dom, listy i zapach starych książek. Dziś — łańcuch loginów, których nikt nie potrafi odzyskać. Rodzina próbuje zalogować się do banku, by zamknąć rachunek. System prosi o potwierdzenie SMS-em — na numer, który już nie istnieje.

Może Kowalski powinien był zostawić testament cyfrowy? W formacie PDF, z podpisem elektronicznym i klauzulą RODO? Problem w tym, że PDF nie ma duszy. Nie pachnie atramentem, nie drży w dłoni, nie ma śladu emocji. To zimny zapis decyzji, który nikt nie przeczyta z uwagą — bo nie da się przeczytać człowieka w pliku.

Coraz częściej mówi się o „cyfrowym dziedziczeniu”. Firmy oferują „zarządzanie spuścizną danych” — automatyczne kasowanie kont po śmierci, przechowywanie haseł w sejfie online, wysyłkę pożegnalnych maili w ustalonym terminie. Piękny gest. Tylko że w tym wszystkim nie ma miejsca na żałobę, na ciszę, na symbol. Maszyna zamyka konto.

Człowiek odchodzi naprawdę dopiero wtedy, gdy serwer się zawiesi.

Kiedyś sąsiad po śmierci człowieka zamykał okno, zdejmował czapkę i mówił: „Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie”. Dziś ktoś klika „Usuń konto” i potwierdza SMS-em. To niby tylko nowoczesność, ale w gruncie rzeczy coś pękło — więź między pamięcią a obecnością. Cyfrowy świat obiecał nam nieśmiertelność danych, ale odebrał śmiertelność człowieka.

W urzędzie Kowalskiego system nie przewiduje śmierci. Jego numer PESEL nadal figuruje w bazie, a decyzje generują się automatycznie. „Adresat nieznany” — pisze listonosz. „Proszę nie odpowiadać na ten e-mail” — dodaje system. I może właśnie dlatego pytanie, które kiedyś brzmiało filozoficznie — czy człowiek ma duszę — dziś trzeba postawić na nowo: czy testament w PDF-ie ma duszę? Bo jeśli nie, to może lepiej znów pisać go ręcznie — z plamą atramentu i słowem, które coś znaczy.

Kowalski kontra algorytm. Czy można się odwołać od decyzji maszyny?

Kowalski dostał decyzję odmowną. Nie wie dlaczego. System napisał: „Twoje dane nie spełniają warunków programu”. Próbował zapytać urzędnika, ale urzędnik nie wiedział. „To algorytm decyduje” — usłyszał. „Na jakiej podstawie?” — „Nie wiemy. Nie mamy wglądu”.

I tak obywatel wolnego kraju odwołuje się od decyzji, której nikt nie podjął. Kiedyś można było porozmawiać z człowiekiem. Urzędnik spojrzał w oczy, coś zrozumiał, czasem pomógł. Dziś system jest „obiektywny”. Nie ma serca, ale ma procedurę. Nie zna wyjątków, ale zna wzorce. Jeśli Kowalski nie mieści się w schemacie — to jego problem. W banku kredytu nie dostanie, bo algorytm ocenił „zbyt wysokie ryzyko”. W przychodni nie zarejestruje się, bo „brak wolnych terminów w systemie”. W urzędzie nie złoży wniosku, bo „pole 17B niezgodne z formatem”.

Kowalski już nie walczy z ludźmi — walczy z formatem. „Niech pan spróbuje ponownie” — mówi bot. Kowalski próbuje. System się zawiesza. „Proszę zrestartować”. Restartuje. „Sesja wygasła”. Tak wygląda dialog obywatela z państwem cyfrowym: człowiek mówi, maszyna mieli, a sprawa wraca do punktu wyjścia.

To nie jest przyszłość z filmów science fiction. To zbyt częsta codzienność ePUAP-u, NFZ-u i ZUS-u. Cyfrowy świat, który miał służyć ludziom, zaczął ludzi oceniać — punktować, porządkować, klasyfikować. Maszyna „wie lepiej”, kto jest wiarygodny, kto potrzebuje pomocy, kto zasługuje na zasiłek.

Kto nauczył maszynę myśleć tak jak biurokrata?

Kiedyś Orwell pisał o Wielkim Bracie. Dziś Wielki Brat ma formę formularza. Nie trzeba go pilnować — sam się pilnuje. Zlicza kliknięcia, śledzi wzorce, analizuje nastroje. A Kowalski? Jest tylko punktem danych, który — jak w dawnych czasach — może napisać odwołanie. Z tą różnicą, że teraz musi je złożyć w formacie .XML. W tym wszystkim ginie coś, co było fundamentem sprawiedliwości: empatia. Maszyna nie zna litości, ale zna instrukcję. Nie rozumie, że ktoś spóźnił się z wnioskiem, bo opiekował się chorą matką. Wyjątki nie mieszczą się w logice kodu. Kiedyś mówiło się, że prawo ma ludzką twarz. Dziś twarz ma piksele, a w oczach — zero i jeden.

Kowalski i reforma bez człowieka. Edukacja, zdrowie i reszta świata, który wie lepiej

Reforma przyszła niespodziewanie. Z telewizora uśmiechnięty minister ogłosił: „Nowa szkoła — bliżej ucznia!”. Kowalski spojrzał na córkę i pomyślał: bliżej kogo? Bo jego szkoła z prowincji jest bliżej lasu niż urzędu. Nowe programy? Są. Nowe podręczniki? Nie dotarły. Nowe wymagania? Tak wysokie, że nawet nauczyciel się gubi.

Wielka reforma edukacji zaczyna się od PowerPointa. Na slajdzie — uśmiechnięte, zadowolone dzieci, tablety, zielone klasy, hasło: „Inwestycja w przyszłość”. W rzeczywistości — kreda jak była, tak jest, przepełnione klasy też. Cóż z tego, że komputery są nowe, jeśli nikt nie ma chęci, żeby do nich zajrzeć.

A w szkołach elity (niekoniecznie tej finansowej) — mundurki, dyscyplina, porządek i nauka. W komunalnych — wolność, czyli przymus naśladowania trendu. Co rok nowe buty, nowy telefon, nowy plecak — byle nie wypaść z grupy. „Wolność ubioru” stała się formą niewoli. W ten sposób, na naszych oczach, rodzi się segregacja: na tych, którzy uczą się po to, by w przyszłości odcinać kupony ze swojej nauki, i na tych, którzy kupony odcinają już teraz — bo nie wiadomo, czy w przyszłości będzie z czego. Bo mamy lub taty może kiedyś zabraknąć.

Paradoks naszych czasów polega na tym, że dzieci boją się korzystać z komputerów do nauki, ale nie mają żadnych oporów, by wykorzystywać je do hejtu. W klasie — opór przed napisaniem referatu w Wordzie. W domu — pełna biegłość w tworzeniu grup na komunikatorach, gdzie wyśmiewa się „odstających” rówieśników. Do tego deepfake’i, przeróbki zdjęć, kompromitujące filmiki. Niektóre dzieciaki potrafią dziś zrobić więcej w edytorze obrazu niż niejeden student grafiki. Problem nie w technologii, lecz w tym, że nikt nie nauczył ich, po co mają z niej korzystać.

Coraz częściej widać też inny symboliczny obraz upadku wychowania — bandy młodocianych na hulajnogach elektrycznych. Przemykają między ludźmi, jakby miasto należało tylko do nich, terroryzując przechodniów, strasząc dzieci, zaczepiając dorosłych. To już nie bieda, lecz zblazowanie. Hulajnoga kosztuje więcej niż niejedno używane auto, a jej właściciel wie, że i tak nic mu nie grozi. Bo tata prawnik, mama menedżerka, a świat to tylko tor przeszkód, który trzeba ominąć sprytem. Dorośli, którzy kiedyś mieli uczyć odpowiedzialności, dziś uczą raczej unikania odpowiedzialności.

Nie trzeba szukać daleko przykładów. 18 października 2025 roku aktorka Agnieszka Warchulska opisała na Instagramie, jak na warszawskim Wilanowie została zaatakowana przez grupę nastolatków — dzieci z „dobrych domów”, na hulajnogach, które obrzuciły ją jajkami i kamieniami. „Nie wiem, gdzie jako społeczeństwo popełniliśmy błąd” — napisała później. Właśnie tam — w miejscu, gdzie wychowanie ustąpiło luksusowi, a empatia została zastąpiona beztroską. Bo to nie bieda rodzi agresję, tylko próżnia wartości.

Zero prac domowych w 1–3 klasie — dobry krok. Ale w starszych? Chaos. Nauczyciele nie egzekwują, bo nie mają narzędzi. Krzykniesz — dziecko doniesie rodzicowi, rodzic leci z awanturą. Nauczyciel dla spokoju „nie zauważa”. Przemoc w sieci rośnie, dyskryminacja ubioru kwitnie — brak dress code’u to wyścig metek: bogatsi błyszczą, biedniejsi się chowają. Kiedyś autorytetem w klasie był ten, kto był najlepszy w nauce; dziś — ten, kto ma najdroższy smartfon albo markowe z najwyższej półki ciuchy. Niby wszyscy równi, ale są równiejsi. I tak powstaje nowa kasta — cyfrowi panowie i cyfrowi parobcy. Jedni piszą kod, drudzy są jego kodem.

Kowalski widzi, jak jego dziecko uczy się nie matematyki, lecz marketingu: jak wyglądać, co mieć, jak błyszczeć. Szkoła nie uczy rozumu, tylko autoprezentacji. A nauczyciel z najlepszymi intencjami gubi się w systemie, który każe raportować, wypełniać, certyfikować. Edukacja stała się biurokracją z tabliczką mnożenia w tle.

A zdrowie? Hasło: „Pacjent w centrum”. Tyle że centrum to portal z loginem.

Termin? Za trzy miesiące. Lekarz? W innym mieście. System? „Zgłoszenie błędu — spróbuj ponownie”. Im więcej cyfryzacji, tym więcej kartek: e-skierowanie ląduje w drukarce, e-rejestracja kończy się telefonem: „Proszę przyjść osobiście”. Kolejki w poradniach rosną, a w sieci — frustracja. Dla bogatych — prywatne centra, szybkie terminy. Dla reszty — kolejki, formularze, „cierpliwie czekać”.

Złudzenie równości to wyrafinowana forma podziału. Kiedyś szkoła i przychodnia były miejscem spotkania człowieka z człowiekiem. Dziś — człowieka z systemem. Ten system nie zna Kowalskiego, nie zna jego pracy, jego życia, jego realiów. W tabelach jest statystyką, w danych — punktem, w algorytmie — odchyleniem. Ale to on buduje, leczy, wychowuje. To on utrzymuje cywilizację w pionie.

Prawdziwa reforma to nie nowe przepisy, tylko przywrócenie sensu. Nie szkoła z tabletem, ale nauczyciel z autorytetem — i odwagą, by przywrócić dyscyplinę bez strachu przed awanturą. Nie przychodnia z e-rejestracją, ale lekarz z czasem. Nie hasło w kampanii, ale człowiek w centrum.

Kowalski już to wie. Wie, że postęp nie polega na zmianie wszystkiego, lecz na nie-zapominaniu, dlaczego się zmienia. Bo system bez człowieka to nie reforma. To lepiej zaprojektowany chaos.

Kowalski w świecie bez duszy

Kowalski żyje w epoce, w której system pamięta o nim dłużej, niż on sam o systemie. Jego dane nie giną, profil nie umiera, decyzje są w chmurze, której nikt nie widział. Maszyna go zna — ale nie rozumie. Państwo o nim „dba” — ale go nie słucha. Reforma go obejmuje — ale go nie dotyczy.

Kiedyś człowiek walczył z losem, dziś walczy z loginem. Kiedyś bał się śmierci, dziś boi się utraty hasła. Kiedyś uczył dzieci życia, dziś dzieci uczą się, jak przetrwać w systemie.

A jednak, mimo tej całej nowoczesności, coś w nim zostało z dawnych Sumerów — potrzeba zostawić po sobie ślad, który przetrwa dłużej niż plik. Nie dane, nie certyfikat, nie raport. Tylko znak, że był, że myślał, że czuł. Bo cywilizacja, która wie, jak zapisać każdy bit, ale nie wie, po co człowiekowi sens, umie wszystko, oprócz jednego: być mądrą — jak Kowalski.

𝐙𝐚𝐤𝐨𝐧́𝐜𝐳𝐞𝐧𝐢𝐞 𝐭𝐫𝐲𝐩𝐭𝐲𝐤𝐮: Kowalski między pamięcią, rachunkiem i algorytmem

Trzy części jednej historii, trzy odsłony tej samej bezradności. W pierwszej Kowalski zderza się z pamięcią krótszą niż dysk twardy — z rzeczywistością, w której człowiek jest łatwiejszy do zastąpienia niż plik. W drugiej próbuje uwierzyć w czterodniowy tydzień pracy, który miał dać mu więcej życia, a przyniósł tylko dłuższe rachunki i krótszy oddech. W trzeciej próbuje odnaleźć się w świecie, gdzie decyzję o jego losie podejmuje algorytm, a reforma edukacji i zdrowia to już tylko prezentacja w PowerPoincie.

Wszystko to łączy jedno: system, który miał człowiekowi pomagać, coraz częściej żyje własnym życiem. Urzędnik stał się trybem, nauczyciel — wykonawcą rozporządzeń, pacjent — numerem, a obywatel — przypadkiem testowym w wersji beta. Postęp przyspieszył tak bardzo, że zapomniał, dokąd biegł.

Kowalski jednak wciąż trwa — trochę zmęczony, trochę ironiczny, ale z cichym instynktem sensu. Wie, że prawdziwe życie nie dzieje się w regulaminach, plikach PDF ani w tabelach ministerstwa. Dzieje się między ludźmi: w słowie, spojrzeniu, drobnym geście. Bo człowiek nie potrzebuje nowego systemu — potrzebuje drugiego człowieka.

I może to właśnie jest cały morał tej historii: że w epoce, w której pamięć mierzy się w gigabajtach, szczęście w statystykach, a sens w KPI, wystarczy jeden Kowalski, który wciąż potrafi myśleć po swojemu. Bo póki on jeszcze zadaje pytania, świat ma szansę nie zwariować do końca.

Prawda?

Zbigniew S. Grzyb

________________________________________

Esej z cyklu „PITOLENIE STAREGO GRZYBA”

Wcześniejsze części tryptyku: